22-letnia blondynka postanawia jechać samotnie do południowych Indii w środku monsunu, na 3 miesiące. Zabiera niedużą walizkę, parasol i matę do jogi. Co ją tam spotka? Każdy dzień to nowa przygoda! :)
wtorek, 6 sierpnia 2013
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Z wizytą u lekarza ajurwedyjskiego
Postanowiłam wybrać się do lekarza ajurwedyjskiego. Z moim
zamiłowaniem do zdrowego trybu życia i dietetyki nie mogłabym tego przeoczyć.
Jednocześnie chciałam trafić do prawdziwego specjalisty, a nie pierwszego
lepszego gabinetu, albo co gorsza do ajurwedyjskiej
wersji dla turystów.
Dlatego czekałam, aż taka wiadomość sama mnie odnajdzie. I
tak się stało. W końcu poznałam hindusa, który opowiedział mi o świetnym
lekarzu ajurwedyskim, dyrektorze związku lekarzy ajurwedyskich w całym
regionie, który na dodatek przyjmuje 3 przecznice dalej. Pozostawało tylko zebrać
się na odrobinę odwagi i pójść we wskazane miejsce.
Godzinę później sytuacja wygląda podobnie, tylko twarze
trochę inne. Postanawiam wrócić następnego dnia.
Następnego dnia rano jest zamknięte. Pytam obok w sklepie z
cukierkami, o której doktor otwiera. O 11h, za dwie godziny. Wracam do pokoju.
Trochę zrezygnowana, przyznaję. Zajmuję
się swoimi sprawami, aż decyduję się podjąć kolejną próbę. Jest już 14h40, może
już zamknął, kto wie. Przynajmniej mam pretekst do spaceru.
Gabinet otwarty, poczekalnia pusta. W środku jakiś pacjent. Siadam
na prowizorycznej ławce zbitej z trzech desek i się rozglądam. Pomieszczenie
wielkości mojej łazienki. Po przeciwnej stronie taka sama ławka, a pod ławką
biała szafka z wymalowanym czerwonym krzyżykiem, z odpadającymi drzwiczkami
opierającymi się ciężko o podłogę i napisem ‘Nie dotykać’. Tak jakby ktoś mógł
jej jeszcze jakoś zaszkodzić…
Nadchodzi moja kolej. Wchodzę do gabinetu, jeśli w ogóle
można tak to nazwać. Pomieszczenie ma najwyżej półtora metra szerokości i 2
metry długości. Na szczęście na wysokość jest normalne. Połowę wypełnia wąska
lada, a przy ladzie mały podeścik. Lekarz prosi, żebym usiadła. Wdrapuję się
posłusznie na ladę, która jednocześnie jest jego biurkiem. Przed moimi oczami
piętrzą się pudełeczka, pojemniczki i przeróżne flakony. Na podłodze stoją
konstrukcje z kartonów, półki uginają się od przeróżnych lekarstw.
Mój lekarz ładnie mówi po angielsku. Kiedy opowiadam mu o
swoich przypadłościach, diecie i jodze kiwa głową ze zrozumieniem. Patrzy w
przestrzeń, zastanawia się nad moim przypadkiem, czy jest kompletnie nieobecny?
Punkt między brwiami naznaczył czerwoną plamą, typowe dla ludzi uczonych,
myślicieli, mnichów, lekarzy ajurwedysjkich i joginów. Pyta, co robię w Indiach, jak długo tu zostanę.
Sama już nie wiem, czy jestem u lekarza, czy u znajomego, ale jest
sympatycznie. W Europie nie przywykliśmy do tego, żeby lekarz chciał nas
poznać, a w sumie, czemu nie? To w gruncie rzeczy bardzo naturalne zachowanie.
W końcu wyciąga kilka pudełek ze swojej zaczarowanej szafy. Opowiada po kolei o
ich działaniu. Decyduję się na jedno. Wypisuje mi wielką ‘receptę’, na której
opisuje mój problem i sposób przyjmowania ziół. Karze wrócić za 15 dni. Płacę
200 rupii, 180 za lek, 20 za konsultację, ‘ONLY’, jak napisał na moim
paragonie. I rzeczywiście ‘tylko’, bo dwadzieścia rupii to 1zł i 20gr.
Wracam z mieszanymi uczuciami. Otwieram pudełko, wącham. Jestem
zaskoczona, bo tabletki mają naprawdę obłędny zapach i głęboki, czerwony kolor.
Biorę dwie, zgodnie z zaleceniem.
A teraz pora na małe wyjaśnienie. Czym jest medycyna
ajurwedyjska i o co w ogóle chodzi? Ajurweda to prastara medycyna, a w
dosłownym tłumaczeniu z sanskrytu ‘wiedza o życiu’, która powstała w VII w. p. n.
e i oczywiście ciągle się rozwija.
Podstawowym założeniem tej pięknej nauki jest to, że ciało i
umysł stanowią nierozłączną całość, współoddziałując na siebie i decydując o
naszym zdrowiu. Ajurweda zakłada, że naturalnym stanem ludzkim jest zdrowie i
harmonia, a choroba to nic innego, jak zachwianie tej harmonii. Równogę w ciele
określa się za pomocą trzech Dosh: Vatty, Pitty i Kaphy. Każda z Dosh jest
kombinacją żywiołów i związana jest z konkretnymi cechami wyglądu zewnętrznego,
naszego charakteru, poziomu energii oraz trawienia.
I tak Vatta, na którą składają się żwyioły wiatr i eter, to osoba szczupła albo bardzo szczupła, o
drobnych kościach, dość mocnym ogniu trawiennym (Agni) i ogromnej
emocjonalności. Vatta to ruch, prędkość i energia. Taka osoba szybko podejmuje
decyzje, jest energiczna i ma dobry apetyt, łatwo zmienia nastrój i wpada w
gniew.
Pitta jest stworzona z ognia. Cechami tej doshy jest średnia, silna lub atletyczna budowa ciała, pewność siebie, odwaga i ambicja. Pitta oznacza również dominację, agresję i inteligencję. Takie osoby cechuje duża dyscyplina i wymagania wobec otoczenia.
Zostaje nam Kappha. To najspokojniejsza z Dosh stworzona z dwóch żywiołów: wody i ziemi. Kapha symbolizuje regenerację i podtrzymanie. To spokój i zrelaksowanie, ogromna empatia, lojalność i rodzinność. Osoby mające nadmiar tej Doshy odznaczają się tendencją do tycia i lenistwa, ich Agni-ogień trawienny jest najsłabszy, dlatego trawienie jest dość męczące, a zamiłowanie do słodyczy zdecydowanie za duże.
Pitta jest stworzona z ognia. Cechami tej doshy jest średnia, silna lub atletyczna budowa ciała, pewność siebie, odwaga i ambicja. Pitta oznacza również dominację, agresję i inteligencję. Takie osoby cechuje duża dyscyplina i wymagania wobec otoczenia.
Zostaje nam Kappha. To najspokojniejsza z Dosh stworzona z dwóch żywiołów: wody i ziemi. Kapha symbolizuje regenerację i podtrzymanie. To spokój i zrelaksowanie, ogromna empatia, lojalność i rodzinność. Osoby mające nadmiar tej Doshy odznaczają się tendencją do tycia i lenistwa, ich Agni-ogień trawienny jest najsłabszy, dlatego trawienie jest dość męczące, a zamiłowanie do słodyczy zdecydowanie za duże.
Każdy z nas jest kombinacją tych trzech dosh, często z
dominacją jednej lub dwóch (jeśli chcecie zrobić sobie test, podaję link na
dole). Zadaniem lekarza ajurwedyskiego jest wskazanie nam drogi do osiągnięcia
harmonii i wyrównania ich poziomu. Są to wskazówki dotyczące przede wszystkim
stylu życia, a więc przyjmowanej wody, pokarmu, poszczenia, praktyki asan i
relaksacji. I warto zauważyć, że wskazówki te nie są takie same dla wszystkich,
jak w przypadku dietetyki zachodniej, tylko są różne w zależności od kombinacji dosh w naszym ciele. I tak ilość
wody, jaką powinniśmy pić, to czy jedzenie powinno być surowe, czy gotowane, z
dodatkiem tłuszczów, czy bez, a jeśli tak to jakich? przyprawy, które powinniśmy
stosować, ilość i wielkość posiłków oraz grupy pokarmów, które powinniśmy jeść
częściej i te, które powinniśmy omijać, wszystko to dobierane jest
indywidualnie i ma przywrócić równowagę w naszym ciele. A równowaga to dobre
samopoczucie, szybkie trawienie, wewnętrzny spokój i radość z życia.
Do tego wszystkiego lekarz ajurwedyjski włącza zioła, które
poprzez wpływ na układ trawienny i Agni, wpływają na całe ciało, przywracając równowagę
trzech dosh i zdrowie. Niektóre
receptury mają tysiące lat i mają kilkanaście składników, inne są znacznie prostsze.
Moim wyrokiem okazał się nadmiar Kapphy. Ponieważ o dietę
dbam z ogromnym zaangażowaniem, nie dostałam żadnych zadań w tej dziedzinie.
Czerwone tabletki o pięknym zapachu, składające się z ponad 30 różnych ziół (z
czego tylko jeden-imbir ma odpowiednik nazwy po polsku) miały rozwiązać
problem. No cóż. Magiczne tabletki? Ile razy już to słyszałam?
Tym razem jest inaczej. Poziom energii wyraźnie wzrasta, sen
się skraca, humor polepsza, skóra oczyszcza, a trawienie pierwszy raz w życiu działa jak należy. To się nazywa kompleksowe działanie! A ja się z tego wszystkiego cieszę, jak dziecko i mam ochotę podbijać świat! Tak
więc oddaję ogromny szacunek całej ajurwedyjskiej spuściźnie i maszeruję na
dach na poranną porcję jogi! :)
Podaję linka do testu na doshe: http://www.ajurweda.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=7&Itemid=7
niedziela, 4 sierpnia 2013
Pedicure po hindusku, czyli kompletna katastrofa :)
Postanowiłam zaszaleć, trochę o siebie zadbać w tym ciężkim
świecie. Tak więc po porannym praniu na kamieniu (doskonalę się, mam już nie
tylko płyn do prania, ale również odplamiacz i wybielacz) zapisałam się na
pedicure do ekskluzywnego salonu kosmetycznego, który odkryłam zupełnie
przypadkiem kilka dni temu.
Jestem na miejscu. Mam złe przeczucie, ale co tam,
zobaczymy. Przychodzi kosmetyczka, zaprasza mnie na fotel, prosi, żebym włożyła
stopy do pojemnika z wodą. Parzy, jak diabli. Pierwszy minus. No nic, odkręca
zimną wodę, czekamy. W międzyczasie zmywa lakier z jednej stopy i zabiera się
za skracanie paznokci. Pilniczek co chwila jej wypada. Wygląda, jakby robiła to
pierwszy raz w życiu. Kiedy proszę, żeby
je skróciła, sięga po cążki. Są malutkie, całe różowe, z rysunkami zwierzątek. Hmm…
Zabiera się do pracy. Powolutku, powolutku. Idzie jak krew z nosa. Patrzę w
kolorowe czasopismo, próbuję się odprężyć i cieszyć z tego małego luksusu, na
który sobie pozwoliłam. I nagle ciach, patrzę na stopę i okazuje się, że pani
kosmetyczka postanowiła przeciąć czwarty paznokieć w poprzek. Nic poważnego,
nie ma krwi, jest tylko trochę naderwany. Nie wiem jak jej się to udało tymi
małymi, różowymi cążkami w dinozaury, ale wstaję i mówię, że dziękuję, że już
mi chyba tego luksusu wystarczy. Kobieta przerażona, że zaraz ją wywalą, ja nie
wiem, co zrobić, głupio mi, ale boję się, że jak dojdzie do wycinania skórek,
to zostanę bez palca. Wychodzę, tłumaczę w recepcji, że przykro mi, ale ta pani
chyba nie za bardzo się na tym zna, pokazuję naderwany paznokieć. Właścicielka
wzdycha ze zrozumieniem, nalega, żebym pozwoliła to ‘naprawić’, cokolwiek to
znaczy, ale odmawiam. W końcu miałam sobie zrobić prezent, a wyjdzie z tego
jakaś masakra z różowymi dinozaurami w tle.
Wychodzę i wracam do domu, z jedną stopą pomalowaną, a drugą
już zmytą. Głupio się czuję, ale szybko się orientuję, że najprawdopodobniej
nawet gdybym nie miała stopy, nikt by tu tego nie zauważył, bo jednak wszyscy
bez żadnego pardonu wlepiają wzrok w moją twarz i włosy.
Cóż. Nie przejmując się dłużej swoją asymetrycznością,
wracam do pokoiku i robię sobie full profesjonalny pedicure. Zajmuje mi to
godzinę, ale efekt jest co najmniej tak dobry jak po wizycie w salonie Opi.
A obcinacz do paznokci w dinozaury niesie ze sobą znacznie
większe przesłanie niż mogłoby się wydawać. Bo widzicie, to było tak. Znalazł
się jakiś inwestor z wizją, który co ś
tam widział. Może w Europie, może w Stanach, może na filmie. Tego nie wiem. Ale
wiem, że chciał stworzyć taki ładny salon urody, wiecie, w kolorach ziemi, z
profesjonalnymi fotelami, szklanymi, podświetlanymi od środka ścianami, lśniącą
podłogą z gresu i muzyką relaksacyjną w tle. No i naprawdę mu wyszło. A potem
zatrudnił kosmetyczki i tu wychodzą Indie. A wraz z Indiami różowe pudełko w
pieski i kotki z różowym kremem w środku (No i co ja mogę myśleć o tym kremie??
Każda kobieta to zrozumie…), obcinacz w dinozaury… No i umiejętności chyba z
youtube’a… No i klientka, która ucieka z jedną zmalowaną stopą, bo jej pedicure
okazał się być katastrofą!
Ale skoro jesteśmy w Indiach, uśmiechamy się do tego, co
miłe i uśmiechamy się do tego, co gorsze.
Uśmiechamy się zawsze. Koniec kropka. I to chyba jedna z najpiękniejszych
umiejętności, którą można w sobie wykształcić. Umiejętność, bez której życie
byłoby potwornie ciężkostrawne. Umiejętność, którą warto rozwijać nie tylko w
Indiach.
sobota, 3 sierpnia 2013
Choroba, wizyta w szpitalu i pobieranie krwi w Indiach, czyli jak wdrapałam się na kolejny poziom świadomości :)
Przyszła pora na chorobę. Parę żywieniowych błędów, tu za
ostro, tam za tłusto, nowa mikroflora, nie najczystsza woda, kilka niewyspanych
nocy, intensywnych dni… To wystarczy.
Budzę się w nocy z zimna. Cała się trzęsę, a szczelne
zakrycie moim bezcennym kocykiem przywiezionym z domu na niewiele się zdaje.
Próbuję jeszcze zasnąć kilka razy. Wiecie , jak to jest. Zmęczenie podsuwa kuszącą
nadzieję, że to wystarczy. Że jak skulimy
się trochę bardziej, to zrobi się ciepło.
W końcu wstaję, idę do łazienki, próbuję rozgrzać się wodą,
ale jest zbyt zimna. Cóż, ostatnie dni były zbyt szare, żeby w zbiorniku na
dachu woda mogła się naprawdę nagrzać. Zmarznięta podwójnie, wycieram się
energicznie ręcznikiem i postanawiam nałożyć na siebie wszystko, co mam. Jeśli
to nie pomoże, pójdę do domu właścicieli i zdobędę jakoś kolejne prześcieradła
albo koce. Nie mam pojęcia jak to zrobię o 3h30, zwłaszcza jeśli dom jest
zamknięty, i w duszy się modlę, żeby zawartość mojej szafy okazała się
wystarczająca.
3 bluzki, 2 pary spodni, wokół szyi oplatam sindbadki, z
ręcznika robię pelerynę, zdejmuję z łóżka prześcieradło, zwijam się w kłębek na
gołym materacu i dokładnie przykrywam kocykiem i dwoma prześcieradłami. Czekam.
Mija długa chwila. Pojawia się ciepło. Zasypiam. Nie wiem jeszcze, że to tylko
początek ciężkiej walki. Mały i niewinny w porównaniu z tym, co mnie czeka.
Zaczyna się od braku energii, przygnębienia, rezygnacji.
Jest niedziela, dzień święty; w mojej obecnej sytuacji głównie dlatego, że nie
ma zajęć jogi; o świcie ani w ogóle. Nie zdążam się jeszcze porządnie
rozbudzić, kiedy dociera do mnie, że mam gorączkę. Po tym, co wydarzyło się w
nocy wcale mnie to nie dziwi. Trwam w poczuciu przygnębienia jeszcze pół
godziny, po czym niechętnie zwlekam się z łóżka. Idę do właścicielki po
termometr. Mają tylko taki elektryczny. Miałam nadzieję, że zasada nie szukania
nowych rozwiązań będzie dotyczyła również termometrów, ale akurat w tej kwestii
postanowili być nowocześni. Kobieta wskazuje mi krzesło i każe włożyć termometr
pod język. W mojej głowie zapala się czerwona lampka, sygnalizacja ‘Indie. Tu
jest brudno. Trzeba wszystko dezynfekować, myć, wycierać, gotować, obierać,
parzyć, jonizować…!’. Pytam, czy nie
trzeba tego najpierw wyczyścić. Zapewnie mnie, że jest czyste i się uśmiecha.
Cóż, ufam jej. Jej jednej w całych Indiach ufam. Dała mi pitną wodę i
prześcieradła, wymieniła w banku sześćset dolarów na rupie, dała mi sztućce i
naczynia, z których codziennie jem, nauczyła mnie nawet myć włosy w kuble, więc
jeśli jej nie zaufam, przepadnę.
Tak więc wkładam termometr do ust i czekam. Pika. Na
wyświetlaczu widnieje jakaś obłędna liczba. Wspaniale. A więc hindusi określają
temperaturę ciała w Farenheitach. Za to temperaturę powietrza w stopniach
Celsjusza, jak informuje mnie natychmiast właścicielka, śmiejąc się przy tym,
jakby to był najlepszy żart. Cóż, sprawdzam temperaturę w Internecie, trochę
ponad 37, niewinny początek.
Wracam do łóżka, mam taką minę, że chyba dobrze, że nikt nie
musi jej oglądać. Najchętniej teleportowałabym się do domu. Dosyć mam całych
Indii, wszystko mnie wkurza, przeklinam sama do siebie pod nosem, albo w
myślach, sama już nie wiem. Po jakimś czasie przychodzi Hiszpan, wraz z nim
banany i witamina C. Musimy tu o siebie dbać nawzajem, każdy w końcu przez to
przechodzi.
Mijają godziny. Nastrój coraz gorszy, temperatura coraz
wyższa. Zdążyła mnie rozboleć każda część ciała. Nie wiem już sama, czy to wina
gorączki, czy tego potwornego materaca i marzę o miękkim, sprężynowym materacu
i puchowej kołderce. Tymczasem mój realny pokój zamienia się w kompletny chaos,
a królestwem tego chaosu jest właśnie łóżko. Koc, prześcieradła, laptop, kubek,
te wszystkie ciuchy, które założyłam na siebie w nocy, aparat fotograficzny i
wszystkie ładowarki i zasilacze jakie tylko wzięłam kotłują się w najbardziej
nieokiełznany możliwy sposób, a wśród tego wszystkiego-ja, nieszczęśliwa, chora
i kompletnie zaniedbana.
Próbuję spać. Co jakiś czas się budzę, chwilę coś porobię,
zasypiam na nowo. Wiecie, jak to jest. Każdy z Was miał gorączkę. Różnica jest
tylko taka, że zamiast leżeć w domu i popijać ziółka zaparzone przez mamę i
czekać na jej troskliwą dłoń sprawdzającą temperaturę czoła, leżę sama, w
samotnym pokoju, którego nikt prócz mnie nie posprząta, na dodatek bez ziółek,
bo musiałabym je kupić i sobie zaparzyć; i bez termometru, bo właścicielka
postanowiła za każdym razem nalegać, bym zmierzyła temperaturę u niej przy
stole. No i jestem w Indiach. Nie zapominajmy o tym szczególe.
W kraju 1000 i jednej choroby. Tropikalnych potworów, które
grożą co najmniej paraliżem, poprzedzonym martwicą jelit, owrzodzeniem jamy
ustnej i czarną biegunką. A to wszystko
za sprawą jednego komara… No, a przecież bakterie i wirusy to nie wszystko. Bo przecież
są jeszcze pasożyty! Jest nawet taki jeden, mój ulubiony. Babcia, próbując
zniechęcić mnie do wyjazdu, ujawniła mi jego imię. Tasiemiec tęgoryjec. Więc
prócz polio, malarii, trzech typów żółtaczki, duru brzusznego, tężca i
błonnicy, czeka jeszcze on-tasiemiec tęgoryjec, bezlitosny i krwiożerczy! Cóż,
chyba rzeczywiście trzeba być szalonym, żeby tu przyjeżdżać.
Budzę się, gdy wszyscy dookoła są już dawno na nogach i
czuję się znacznie lepiej. 14 godzin snu robi swoje. Termometr znowu wskazuje
cyferki bardziej w okolicach 94, a nie 100. Przelicznik Farenheita na Celsjusza
na stałe wita w mojej przeglądarce. I choć nadal przekraczam 37 stopni i czuję
się beznadziejnie, decyduję się na krótki spacer. Tłumaczę się sama przed sobą
świeżym powietrzem, ale tak naprawdę nie mogę już znieść tego łóżka.
No więc wychodzę w piżamie. A właściwie w tych sindbadkach,
które jeszcze wczoraj służyły mi jako szalik. Ale przecież to Indie, nikt nie
zauważy. I rzeczywiście, niektórzy mało ogarnięci znajomi, mówią mi nawet że
świetnie wyglądam. Myślę, co za ironia i gratuluję sobie w myślach założenia
tych wielkich, ciemnych okularów.
Szuram tak sobie ospale, aż docieram do stoiska z kokosami, kupuję
jednego. Sprzedawca ciosa go swoją szabelką, robi otwór i podaje wraz z
plastikową rurką. I gdzieś tam w duszy liczę
na to, że może to bogactwo minerałów, o którym tyle się naczytałam, postawi mnie
na nogi. Szuram jeszcze kawałek, kupuję kilka małych bananków,
pomarańczę i jabłko, po czym zawracam i szuram z powrotem. Poprzedniego dnia
niczego nie zjadłam i czuję, że tego będzie podobnie, ale dobrze było wyjść z
tego dusznego pokoju.
Wracam do mojego barłogu, do mojego chorowania. Temperatura
wzrasta z upływem każdej godziny. Nie mam już siły rozmawiać, ani pisać. W
końcu, pewnie gdzieś w okolicach 39 stopni, nie mam już nawet siły oglądać
głupich filmów. Witamina C pochłonięta, banany leżą spokojnie, nieruszone,
nadgryzione jabłko ląduje w kuble na śmieci. Płakać mi się chce, tak nienawidzę
tych Indii, szkoły jogi, a przede wszystkim, siebie samej.
A temperatura rośnie. Aż w końcu plecy i biodra stapiają się
w jeden, wielki, czerwony, promieniujący
ból. Spać się nie da, otworzyć oczu tym bardziej. Leżę półprzytomna, nie do
końca świadoma upływającego czasu. I gdzieś w tym okrutnym momencie, podejmuję
heroiczną decyzję. Piszę do Francuza maila, żeby przyniósł mi termometr od
właścicielki, jak najszybciej.
Niedługo później puka w szybę. Biorę termometr, wciskam
jedyny guzik, czekamy aż zapika. Jest wyrok, 107.8. Sprawdzamy w Internecie, 40
stopni. Nieee.-to było wszystko, co
przeszło przez mój zamglony umysł. Jedziemy do szpitala. Francuz załatwia
rikszę, szpital jest równie blisko, co stoisko z bananami, ale w tym momencie
to koniec świata. W szpitalu, jak na całym świecie, panuje spokojna atmosfera
obycia z bólem. Lekarka zadaje kolejne pytania, sprawdza ponownie temperaturę.
Pyta się, czy zgadzam się na leki obniżające gorączkę. Tak, zgadzam się! Dostaję
zastrzyk w tyłek. Ma pomóc w ciągu 20
minut. Francuz kupuje leki, dostaje cały instruktaż. W tym momencie kocham go
całym sercem.
Idziemy do ‘laboratorium’ na pobranie krwi. Pielęgniarka
karze mi usiąść na starym, rozklekotanym biurowym fotelu, stojącym na końcu
malutkiego korytarza, w drzwiach do równie malutkiego biura, zawalonego po
brzegi papierami, drukarkami i czymś tam jeszcze-tu świadomość zawiodła. Jestem
przekonana, że czekam na tym VIP-owym obrotowym krześle z możliwością odgięcia
do poziomu dopóki-nie-zastrzyma-cię-ściana na swoją kolej, aż tu nagle
pielęgniarka przychodzi z igłą i taśmą na rzep. Tak, to właśnie jest
laboratorium. Tak, ja też w to nie wierzę. Nawet w swojej 40-sto stopniowej
agonii. Nie ma to większego znaczenia. Dostaję instrukcje. Opieram dłoń na
kolanie, zaciskam pięść, wacik ze spirytusem, ukłucie, czekanie. I tyle. Pora
na siusiu. Dostaję pojemniczek, wskazują toaletę. Otwieram drzwi, albo może on
je otwiera, w każdym razie staję twarzą w twarz z jakimś starym hindusem.
Uroczo, czyli toaleta, albo raczej dziura w podłodze, jest koedukacyjna. No
nic, daję rade. Odstawiam pojemniczek na wskazane miejsce, czyli pod schodami.
Na pudełeczku widnieje napis ‘Alicja’. I tyle. Nie ma nazwiska, ani numeru
pacjenta, ani numeru badania. Po prostu ‘Alicja’.
Wracamy do domu. Biorę paracetamol i padam na mój barłóg.
Czekam, aż poczuję się lepiej, aż płyn wstrzyknięty w prawy pośladek rozpłynie
się po moim ciele i opanuje gorączkę. W międzyczasie myślę tylko o jednym.
Widzę siebie umierającą w tym małym, brzydkim pokoju i zastanawiam się nad
groźbą mojej babci, która zniechęcając mnie do wyjazdu sięgnęła w końcu po
ostateczny argument, pisząc, że sprowadzenie moich zwłok z Indii będzie
kosztować moją mamę fortunę!
Następnego dnia temperatura utrzymuje się na normalnym
poziomie. I choć nadal jestem słaba, czuję, że najgorsze minęło. Czytam o
objawach tych wszystkich strasznych, paraliżujących, śmiertelnych chorób i z
ulgą stwierdzam, że mnie to nie dotyczy. Nawet tasiemiec tęgoryjec nie wygląda
już tak przerażająco.
Mija kolejny dzień. Mija też choroba. Wychodzę na zakupy,
wszyscy znajomi zwracają mi uwagę, że schudłam (nie wiedziałam, że 40-stopniowa gorączka kosztuje tyle kalorii!). Jedziemy z Francuzem do sklepu
z ubraniami na drugim końcu Mysore, takim prawdziwym, nie-dla-turystów.
Przymierzam długie, hinduskie spodnie, kolorowe, bawełniane tuniki, bawię się.
Cieszę z całego serca tym, że mogę tu być, przebierać w kolorach i wzorach,
czuć zapach kadzideł i stać o własnych nogach. Wpatruję się w odbicie mojego
nowego, płaskiego brzucha, pewnie trochę za długo, bo Francuz zaczyna grozić,
że wyjdzie beze mnie, krążąc w tą i z powrotem po sklepie. W końcu decyduję się
na jeden zestaw.
Spotkanie ze znajomymi, spacer. Wszystko wydaje się takie
wspaniale. Dlaczego? Nic się nie zmieniło. To znaczy nie zmienili się ani
znajomi, ani tematy naszych rozmów, ani sposób spędzania czasu. Nie zmieniły
się też Indie. Krowy nadal stoją na środku drogi, a jedzenie roznosi ten sam
krzykliwy zapach masali i chilli.
Zmieniłam się ja. Odszedł ten paraliżujący strach, o to, jak
to będzie, jak sobie ułożę tu życie, czym wypełnię te wszystkie godziny, za kim
będę tęsknić najbardziej. Wraz z chorobą przeszła tęsknota, która nie pozwalała
poczuć tego elementarnego, najprawdziwszego szczęścia, które nosi w sercu każdy
z nas-radości istnienia, radości wolności. Nagle wyzwanie, jakim był ten
wyjazd, przestało być wyzwaniem i stało się nagrodą.
Wróciłam do pokoju, posprzątałam i wywietrzyłam. Spojrzałam
w lustro i poczułam kompletną harmonię. I powiem Wam, że to jest najpiękniejsze
uczucie, jakiego może doświadczyć człowiek. Harmonię w sobie samym, harmonię z własnym losem,
harmonię z otaczającą go rzeczywistością. Bo to uczucie jest jak drzwi, wielkie
dwuskrzydłowe drzwi, które wpuszczają do tego małego, zakurzonego, poplątanego
pokoiku wewnętrznego światka promienie oślepiającego słońca, obłędne zapachy
wiosennego ogrodu, odważny podmuch wiatru; pozwalają wykurzyć strach przed tym,
co nowe i nieznane i wyjść, zachłysnąć się odczuciami wszystkich zmysłów, czerpać
z tego wszystkiego, doświadczać i sięgać po własne marzenia bez strachu przed
opinią, porażką albo uczuciem spełnienia.
Bo harmonia jest dla mnie kluczem do wszystkiego, co odważne
i ogromne. Do miłości, ale nie tej romantycznej, tylko tej długowiecznej,
pełnej troski i wyrozumiałości. I nie chodzi tylko o miłość, którą obdarza się innych, ale również o tą, którą darzymy samych
siebie. Bo przecież nie można dzielić się czymś, czego się nie ma... Nie można
dawać miłości, jeśli do siebie samego czuje się nienawiść i pogardę. Poczucie
harmonii jest również kluczem do spokoju, trwałego spokoju, którym można się
otulić w chwilach słabości i znowu poczuć bezpiecznie… I do odwagi. By żyć
teraźniejszością, obecną chwilą, własnym oddechem, w rytmie wybijanym przez
serce.
Tworzę listę rzeczy, które chcę zrobić w ciągu najbliższych
dni. Wizyta u lekarza ajurwedyjskiego, wyprawa do hinduskiego kina i teatru, do
sklepu z tkaninami i poleconego krawca. Są też mniej bajkowe cele, jak kupno
odplamiacza w supermarkecie i zamiecenie podłogi. Ale wszystkie mnie cieszą. Bo
czuję się w zgodzie z sobą i ze światem, i wszystko, co robię i planuję zrobić
dyktowane jest pragnieniem poznawania świata, dbaniem o to moje proste życie. A
nie przez strach przed samotnością, chęć zagłuszenia własnych lęków,
wypełnienie czasu w obawie przed myślami, które się pojawią w nadmiarze wolnego
czasu. A różnica jest gigantyczna. Bo nagle życie staje się takie proste, staje
się pasmem lekkich, codziennych obowiązków i przygód, doświadczanych z
uśmiechem. Nie ma walki, nie ma ciężaru pokonywania siebie w każdej,
najprostszej czynności… Na kolejny dzień czekam z niecierpliwością, bez
strachu.
I mam nadzieję, że nie masz pojęcia, o czym mówię. Jeśli
tak, to znaczy, że jesteś szczęśliwym człowiekiem, z uporządkowanym życiem wewnętrznym
i miejmy nadzieję, że zawsze tak będzie. J
Samotna wyprawa wiele pokazuje. Wywleka przeróżne problemy
na światło dzienne i karze Ci się z nimi zmierzyć, ponaprawiać. I ta choroba
była właśnie takim naprawianiem. Była jak kłótnia. Jak wielka, długa awantura z
samą sobą, po której przychodzi zrozumienie, harmonia i nowe, lepsze zasady. I
może to zabrzmi absurdalnie, ale takiej choroby, albo raczej takiego
uzdrowienia, życzę każdemu.
sobota, 27 lipca 2013
Jak mieszka biała kobieta w Indiach, czyli spanie, pranie i gotowanie :)
Pora na temat bardziej przyziemny i znacznie zabawniejszy. Życie białego człowieka w Indiach. Nie, życie białej kobiety w Indiach, tak będzie jeszcze ciekawiej.
Zacznę od tego, co mi najbliższe, czyli mojego pokoju. Coś już o nim wspominałam, ale teraz zgłębię temat tworząc przed Waszymi oczami wyraźny obraz mojego nowego życia. :)
W pokoju jest szafa i łóżko. I na tym koniec. Nie ma stołu, krzesła, ani haczyka na ręcznik. Nie ma też szafki nocnej ani lampki, przy świetle której mogłabym podumać przed snem. Jest za to wielki kanister z pitną wodą, który stoi na metalowych nóżkach. A warto zaznaczyć, że woda pitna służy nie tylko do picia, ale również do gotowania, mycia warzyw i parzenia herbaty. Tutaj uczysz się ograniczać swoje potrzeby do minimum, a do wieczornego dumania musi wystarczyć Ci światło księżyca.
W rogu pokoju są drzwi do łazienki. Całkiem plastikowe, a miały chyba imitować drewno. Malutka, brudna do granic możliwości łazienka pozwala nieśmiało sądzić, że nikt jej nigdy nie sprzątał. Tak, pył, który powstał podczas wiercenia dziury w ścianie w celu przymocowywania plastikowego drążka o nieznanym zastosowaniu oblepił szklaną narożną półeczkę i tkwi tam do dziś rozwiewając wszelkie wątpliwości.
Odkręcam prysznic. Cisza. Brak reakcji. Patrzę się chwilę, pewnie trochę głupio. Próbuję na nowo. Stosuję uniwersalną zasadę dzieci epoki komputerów : 'Wyłącz i włącz', nie działa. Chwilę jeszcze walczę, przekręcając wszystko co się tylko da przekręcić, ale woda najwyraźniej nie zamierza popłynąć niezależnie od moich starań, więc rezygnuję i postanawiam zapytać o to właścicielkę.
Kilka minut później już wszystko wiem. Sitko od prysznica jest skamieniałe, bo nikt go nigdy nie używał. Ale właścicielka uspokaja mnie, że jeszcze dzisiaj je przeczyści i jak gdyby nigdy nic odkręca je i chowa do kieszeni. Tutaj wszyscy używają tego- mówi wskazując na wiszący ze ściany półtorametrowy szlauch, którego koniec znajduje się w wielkim wiadrze. Na chwilę milknę. Potem się śmieję. Bo cóż innego może zrobić dziewczyna, która przez ostatni rok brała codziennie długą, gorącą kąpiel wypełnioną zapachem olejku migdałowego i lawendy? A więc przez następny miesiąc będę się kąpać w wiadrze. Mogę oczywiście korzystać z prysznica, o czym natychmiast informuje mnie właścicielka, ale tam leci tylko zimna woda. No dobrze.
Patrzę na wiadro, potem na warkocz tej kobiety, który ma ponad metr. Jeżeli ona daje radę, to ja też dam. I pytam z szerokim uśmiechem, jak ona myje w tym włosy. I wtedy okazuje się, że w skład zestawu do mycia wchodzi jeszcze duży kubek, którym należy nabrać wodę z wiadra i następnie polewać nim włosy. Dobrze. Niech i tak będzie. Właścicielka wychodzi. Zostaję sama. Jeszcze raz roglądam się po mojej nowej łazience. Jest wielkości dużej kabiny prysznicowej. Nad umywalką, która wymaga porządnego szorowania wisi krzywo małe lusterko w różowej plastikowej ramce. Pastylkowo różowa jest również podłoga, a firankę pokrywa masa wielkich róż. Cóż, całość jest po prostu paskudna, ale przynajmniej do tego stopnia, że wzbudza uśmiech.
Rozpakowuję się. Mam zaledwie 3 zestawy ciuchów na codzień i trochę więcej do ćwiczeń. Tych, którzy ćwiczą ashtangę raczej to nie zdziwi. A co do reszty, to wierzcie mi, to nie jest ta joga, na którą założysz tureckie portki, usiądziesz w kwiecie lotosu i zastygniesz na amen.
Walizka już opróżniona, a szafa nadal świeci pustkami. Zastanawiam się, jak to będzie przez 3 miesiące nosić na zmianę 3 stroje. Na pewno to czegoś uczy... I zastanawiam się, czy jak po tych trzech miesiącach wrócę, to czy przez pierwszy tydzień będę chodzić codziennie po sklepach, czy raczej przez pierwszy tydzień będę chodzić codziennie w tym samym.
Wsuwam walizkę pod łóżko, siadam. Nie wierzę. Aż muszę sprawdzić. Tak. Mój materac ma 4 cm grubości. Właściwie ciężko to nazwać materacem. Już wiem, że to będzie trudne. O ile wiadro i kubek są zabawne, o tyle twarde jak decha łóżko może być prawdziwym wyzwaniem. W tamtej chwili jeszcze nie miałam pojęcia, że największym problemem będzie nie samo spanie, ale przede wszystkim siedzenie. Po 5 minutach zmieniam pozycję, po 10 podkładam poduszkę, po 15 się kładę, po 20 zaczynam od nowa.
Przejdźmy do gotowania. Właścicielka prowadzi mnie na pierwsze piętro. W korytarzu stoi przenośna kuchenka gazowa z dwoma palnikami, kawalek blatu i lodówka. Nie ma natomiast: kosza na śmieci, naczyń ani zlewu. Po dwóch tygodniach odkryłam skąd czerpać naczynia i gdzie je zmywać, niestety wciąż nie odkryłam kosza na śmieci. Jak to działa? Otóż gotowanie jest tutaj grubszą akcją. Woda pitna jak już wspomniałam soi w kanistrze u mnei w pokoju. Naczynia biorę z kuchni właścicielki, na parterze, gotuję na pierwszym piętrze, zmywam z powrotem na dole, a śmieci... Śmieci różnie.
I teraz wyobraźcie sobie przygotowanie mojego typowego obiadu, czyli sałatki z pomidora, ogórka i cebuli, oraz ciecierzycy z duszonymi warzywami. Nie będę nawet próbować policzyć ile razy maszeruję od siebie na górę i z powrotem, zamykając za każdym razem drzwi na klucz. Ale przyznaję, satysfakcja jest. Każdy posiłek to wyzwanie. Zastanawiam się tylko, dlaczego wszystkie naczynia są metalowe. Póki co zwycięża odpowiedź mojego hiszpańskiego znajomego-szkłem nie można by było rzucać frisbee do zlewu. Coś w tym jest.
Zostaje już tylko pranie. Ale zanim do tego przejdziemy, musimy coś sobie wyjaśnić. Otóż Hindusi nie lubią zmian. To znaczy, że jeśli coś sprawdzało się przez setki lat, to nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że być może można to udoskonalić. Może brzmi banalnie, ale wierzcie mi, po 22 latach spędzonych w świecie, który kręci się głównie wokół doskonalenia, ulepszania i wymieniania na lepszy model, jest to duży szok kulturowy. Co najmniej duży. I tak, jak było sari, tak jest sari. Jak było wiadro z wodą do kąpieli, tak jest nadal.
I jak prało się na dachu na kamiennej płycie na dachu, tak pierze się na kamiennej płycie po dziś dzień. I nie, nie jest to jedynie przymusowa atrakcja dla turystów, ascetycznych joginów, którzy porzucą wygody życia, byle tylko praktykować w swojej wątpliwej świątyni. Nie. Oni też nie mają pralki. Nikt. Podobno jakiś okoliczny spryciarz kupił jedną i pierze ciuchy turystom za słoną opłatą. Pewnie na tyle słoną, że nie musi kalać się już żadną inną pracą, w końcu jest posiadaczem pralki.
Tak więc w miastach kobiety piorą na dachu, a te bogatsze zlecają to innym. Przykładowo, wypranie spodni kosztuje 20 rupii, czyli trochę ponad złotówkę. Oczywiście jak na twardą kobietę z północy przystało, postanowiłam sobie prać wszystko sama. Cóż, przyznaję. Moje wymagania dotyczące świeżości ubrań odrobinę zmalały. I już nigdy nie zapomnę użyć dezodorantu.
Zacznę od tego, co mi najbliższe, czyli mojego pokoju. Coś już o nim wspominałam, ale teraz zgłębię temat tworząc przed Waszymi oczami wyraźny obraz mojego nowego życia. :)
W pokoju jest szafa i łóżko. I na tym koniec. Nie ma stołu, krzesła, ani haczyka na ręcznik. Nie ma też szafki nocnej ani lampki, przy świetle której mogłabym podumać przed snem. Jest za to wielki kanister z pitną wodą, który stoi na metalowych nóżkach. A warto zaznaczyć, że woda pitna służy nie tylko do picia, ale również do gotowania, mycia warzyw i parzenia herbaty. Tutaj uczysz się ograniczać swoje potrzeby do minimum, a do wieczornego dumania musi wystarczyć Ci światło księżyca.
W rogu pokoju są drzwi do łazienki. Całkiem plastikowe, a miały chyba imitować drewno. Malutka, brudna do granic możliwości łazienka pozwala nieśmiało sądzić, że nikt jej nigdy nie sprzątał. Tak, pył, który powstał podczas wiercenia dziury w ścianie w celu przymocowywania plastikowego drążka o nieznanym zastosowaniu oblepił szklaną narożną półeczkę i tkwi tam do dziś rozwiewając wszelkie wątpliwości.
Odkręcam prysznic. Cisza. Brak reakcji. Patrzę się chwilę, pewnie trochę głupio. Próbuję na nowo. Stosuję uniwersalną zasadę dzieci epoki komputerów : 'Wyłącz i włącz', nie działa. Chwilę jeszcze walczę, przekręcając wszystko co się tylko da przekręcić, ale woda najwyraźniej nie zamierza popłynąć niezależnie od moich starań, więc rezygnuję i postanawiam zapytać o to właścicielkę.
Kilka minut później już wszystko wiem. Sitko od prysznica jest skamieniałe, bo nikt go nigdy nie używał. Ale właścicielka uspokaja mnie, że jeszcze dzisiaj je przeczyści i jak gdyby nigdy nic odkręca je i chowa do kieszeni. Tutaj wszyscy używają tego- mówi wskazując na wiszący ze ściany półtorametrowy szlauch, którego koniec znajduje się w wielkim wiadrze. Na chwilę milknę. Potem się śmieję. Bo cóż innego może zrobić dziewczyna, która przez ostatni rok brała codziennie długą, gorącą kąpiel wypełnioną zapachem olejku migdałowego i lawendy? A więc przez następny miesiąc będę się kąpać w wiadrze. Mogę oczywiście korzystać z prysznica, o czym natychmiast informuje mnie właścicielka, ale tam leci tylko zimna woda. No dobrze.
Patrzę na wiadro, potem na warkocz tej kobiety, który ma ponad metr. Jeżeli ona daje radę, to ja też dam. I pytam z szerokim uśmiechem, jak ona myje w tym włosy. I wtedy okazuje się, że w skład zestawu do mycia wchodzi jeszcze duży kubek, którym należy nabrać wodę z wiadra i następnie polewać nim włosy. Dobrze. Niech i tak będzie. Właścicielka wychodzi. Zostaję sama. Jeszcze raz roglądam się po mojej nowej łazience. Jest wielkości dużej kabiny prysznicowej. Nad umywalką, która wymaga porządnego szorowania wisi krzywo małe lusterko w różowej plastikowej ramce. Pastylkowo różowa jest również podłoga, a firankę pokrywa masa wielkich róż. Cóż, całość jest po prostu paskudna, ale przynajmniej do tego stopnia, że wzbudza uśmiech.
Rozpakowuję się. Mam zaledwie 3 zestawy ciuchów na codzień i trochę więcej do ćwiczeń. Tych, którzy ćwiczą ashtangę raczej to nie zdziwi. A co do reszty, to wierzcie mi, to nie jest ta joga, na którą założysz tureckie portki, usiądziesz w kwiecie lotosu i zastygniesz na amen.
Walizka już opróżniona, a szafa nadal świeci pustkami. Zastanawiam się, jak to będzie przez 3 miesiące nosić na zmianę 3 stroje. Na pewno to czegoś uczy... I zastanawiam się, czy jak po tych trzech miesiącach wrócę, to czy przez pierwszy tydzień będę chodzić codziennie po sklepach, czy raczej przez pierwszy tydzień będę chodzić codziennie w tym samym.
Wsuwam walizkę pod łóżko, siadam. Nie wierzę. Aż muszę sprawdzić. Tak. Mój materac ma 4 cm grubości. Właściwie ciężko to nazwać materacem. Już wiem, że to będzie trudne. O ile wiadro i kubek są zabawne, o tyle twarde jak decha łóżko może być prawdziwym wyzwaniem. W tamtej chwili jeszcze nie miałam pojęcia, że największym problemem będzie nie samo spanie, ale przede wszystkim siedzenie. Po 5 minutach zmieniam pozycję, po 10 podkładam poduszkę, po 15 się kładę, po 20 zaczynam od nowa.
Przejdźmy do gotowania. Właścicielka prowadzi mnie na pierwsze piętro. W korytarzu stoi przenośna kuchenka gazowa z dwoma palnikami, kawalek blatu i lodówka. Nie ma natomiast: kosza na śmieci, naczyń ani zlewu. Po dwóch tygodniach odkryłam skąd czerpać naczynia i gdzie je zmywać, niestety wciąż nie odkryłam kosza na śmieci. Jak to działa? Otóż gotowanie jest tutaj grubszą akcją. Woda pitna jak już wspomniałam soi w kanistrze u mnei w pokoju. Naczynia biorę z kuchni właścicielki, na parterze, gotuję na pierwszym piętrze, zmywam z powrotem na dole, a śmieci... Śmieci różnie.
I teraz wyobraźcie sobie przygotowanie mojego typowego obiadu, czyli sałatki z pomidora, ogórka i cebuli, oraz ciecierzycy z duszonymi warzywami. Nie będę nawet próbować policzyć ile razy maszeruję od siebie na górę i z powrotem, zamykając za każdym razem drzwi na klucz. Ale przyznaję, satysfakcja jest. Każdy posiłek to wyzwanie. Zastanawiam się tylko, dlaczego wszystkie naczynia są metalowe. Póki co zwycięża odpowiedź mojego hiszpańskiego znajomego-szkłem nie można by było rzucać frisbee do zlewu. Coś w tym jest.
Zostaje już tylko pranie. Ale zanim do tego przejdziemy, musimy coś sobie wyjaśnić. Otóż Hindusi nie lubią zmian. To znaczy, że jeśli coś sprawdzało się przez setki lat, to nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że być może można to udoskonalić. Może brzmi banalnie, ale wierzcie mi, po 22 latach spędzonych w świecie, który kręci się głównie wokół doskonalenia, ulepszania i wymieniania na lepszy model, jest to duży szok kulturowy. Co najmniej duży. I tak, jak było sari, tak jest sari. Jak było wiadro z wodą do kąpieli, tak jest nadal.
I jak prało się na dachu na kamiennej płycie na dachu, tak pierze się na kamiennej płycie po dziś dzień. I nie, nie jest to jedynie przymusowa atrakcja dla turystów, ascetycznych joginów, którzy porzucą wygody życia, byle tylko praktykować w swojej wątpliwej świątyni. Nie. Oni też nie mają pralki. Nikt. Podobno jakiś okoliczny spryciarz kupił jedną i pierze ciuchy turystom za słoną opłatą. Pewnie na tyle słoną, że nie musi kalać się już żadną inną pracą, w końcu jest posiadaczem pralki.
Tak więc w miastach kobiety piorą na dachu, a te bogatsze zlecają to innym. Przykładowo, wypranie spodni kosztuje 20 rupii, czyli trochę ponad złotówkę. Oczywiście jak na twardą kobietę z północy przystało, postanowiłam sobie prać wszystko sama. Cóż, przyznaję. Moje wymagania dotyczące świeżości ubrań odrobinę zmalały. I już nigdy nie zapomnę użyć dezodorantu.
piątek, 26 lipca 2013
Dziesiąty dzień w Indiach... Czyli osobiste wyznania z księżycem w tle
Słyszeliście
może o wpływie księżyca na ludzkie ciało i umysł? Nawet jeśli nie, to z
pewnością uczyliście się o tym, jak jego przyciąganie porusza wody na całym
świecie, powodując przypływy i odpływy. W takim razie nie powinno was zdziwić,
że człowiek składający się w 60% z wody również może odczuwać pewne zmiany,
choć znacznie subtelniejsze, pod wpływem ruchu Księżyca.
Podobno
ubywanie księżyca jest procesem zmniejszania i eliminowania. Nów, czyli moment
kiedy księżyc znajduje się między Słońcem a Ziemią i jest niewidoczny gołym
okiem, ma charakter odnawiający i stanowi dobry moment na podejmowanie nowych
wyzwań. Przybywanie księżyca oznacza natomiast akumulację, jest procesem
wzrastania, wzmożonej aktywności. Najciekawsza jest jednak jego pełnia. Podobno
wtedy najintensywniej odczuwamy jego siłę. Stajemy się bardziej pobudzeni,
emocje biorą górę nad racjonalnym myśleniem. Wiele osób, zwłaszcza dzieci,
które są znacznie lepiej zsynchronizowane z naturą, nie może spać.
Co ciekawsze wg
Jogi, która jest nie tylko metodą na rozciąganie ciała, ale całym systemem
filozoficznym i prastarą nauką o ludzkim ciele i duszy, istnieje coś takiego,
jak punkty księżycowe. Podczas gdy mężczyzna ma tylko jeden taki punkt i
znajduje się on na brodzie, kobieta ma ich aż 11. Te punkty odzwierciedlają
naszą emocjonalność, zmienność nastroju i zachowań względem innych. W idealnej
synchronizacji z naturą, gdzie cykl kobiecy trwa tyle samo ile cykl księżyca,
każdy z tych 11 punktów powinien aktywować się na 2 i pół dnia, wpływając na
kobiecie nastroje i decyzje. I tak na przykład punkt księżycowy znajdujący się
po wewnętrznej stronie ud odpowiada za wydajność i wysoki poziom energii, zmysł
organizacyjny i pragnienie perfekcyjnego wypełniania obowiązków, a punkt
znajdujący się na piersiach wzmaga kobiece współczucie, miłosierdzie,
pragnienie intymności, jak również naiwność i brak asertywności.
Nie wiem, czy
to wszystko do Was trafia, ale mnie fascynuje to, jak mnisi i znachorzy sprzed
tysięcy lat opisywali ludzkie ciało i umysł, nie znając pojęć współczesnej
medycyny, nie mając metod badania anatomii i fizjologii, które mamy dzisiaj. Na
dodatek dochodzili do podobnych wniosków w różnych częściach świata. Należy ich
darzyć ogromnym szacunkiem, ponieważ ich przekazy nie raz pozwalają nam zrozumieć
procesy zakwalifikowywane przez współczesnych lekarzy do rubryki cudów, zdarzeń
niewytłumaczalnych. Najbardziej jednak podziwiam ich za to, że nie próbowali
wszystkiego za wszelką cenę odseparowywać. Tak jak współczesna medycyna
odseparowuje pracę poszczególnych narządów, w minimalnym stopniu uznaje wpływ
diety i emocji na zdrowie, tak medycyna chińska czy ajurwedyjska postrzega człowieka
jako całość-nie tylko samą w sobie, ale również jako element większej całości,
jaką jest otaczająca go przyroda, pokarm, który przyjmuje, społeczeństwo w
którym żyje, a w końcu cały układ słoneczny.
Czemu o tym
wszystkim piszę? Skąd w ogóle temat księżyca?
Kiedy wyruszasz
sam na drugi koniec świata, zdarzają się czasem gorsze dni. Dni wypełnione
szarą samotnością, mokre od łez, wyciśniętych tęsknotą za czymś nieuchwytnym;
może szczerą rozmową, może czułym gestem bliskiej osoby albo filmem obejrzanym
wspólnie wieczorem, spacerem po starówce z przyjacielem.
Dostrzegam
wtedy jak cenne jest to, co mam. To, co czeka na mnie w domu. Codziennie.
Niezmiennie. I nigdy nie myślę o gorącej, pachnącej kąpieli, dużym wygodnym
łóżku, ani nawet mojej kuchni, której w żadnym razie nie da się porównać z tą
gazową kuchenką stojącą w korytarzu na pierwszym piętrze. Moje hinduskie łóżko
pokryte plamami, których pochodzenia wolę nie znać, o materacu równie miękkim
jak podłoga, w zupełności mi wystarcza. A kąpiel w wiadrze przy użyciu szlaucha
uznałam za znacznie szybszą i wygodniejszą. Nawet kuchnię, rozbitą na trzy
różne pomieszczenia, zaakceptowałam z uśmiechem dochodząc do wniosku, że
rozwinie mój zmysł logistyczny. Ale są rzeczy, znacznie bardziej subtelne i
niewidoczne, których nic Ci nie zastąpi.
Nasz umysł,
nasze ego, nasze nastroje, wszystko to karmi się kontrastem. Wszelka nasza ocena
powstaje dzięki niemu. Cieszymy się, gdy coś nam wyjdzie lepiej, smucimy, jeśli
nasze efekty się pogarszają. Mamy nasz punkt odniesienia. Czasem to my sami,
czasem znajomi, czasem wyniki statystyczne Europy. Nieważne. Ważna jest barwa.
Tego, co było i tego co jest. Tak powstaje nasz kontrast. Dlatego z czasem
przestajemy doceniać, potrzebujemy więcej, częściej, inaczej, lepiej; bo to, co
niegdyś miało dla nas intensywną barwę, teraz stało się naszym bledszym punktem
odniesienia. Z jednej strony to wspaniałe, rozwijające. Pragniemy iść na przód,
dążymy do doskonałości. Z drugiej strony, są takie aspekty życia, które nie
potrzebują ciągłych zmian; potrzebują za to naszej wytrwałej, niezmiennej
wdzięczności. Potrzebują byśmy wykształcili w sobie stałą umiejętność
dostrzeżenia piękna ich barwy, bez ciągłego poszukiwania kontrastu. Wymagają od
nas wczucia się w ich odcień wyjęty z całej palety barw, pozbawiony czegoś
bledszego i żywszego, gorszej i lepszej wersji samej siebie. Miłość jest jedną
z takich rzeczy. A ze wszystkich rodzajów miłości, przede wszystkim miłość
matki.
A podróż...
Podróż może być takim narzędziem, które te nasze kontrasty ustawia z powrotem
na zdrowe tory. Obniża barwy naszych oczekiwań o kilka porządnych tonów i na
nowo pozwala się cieszyć prostymi radościami codzienności. Być może każdy z nas
ma naturalną, wewnętrzną potrzebę ascetyzmu. Gdyby tak nie było, kto
zdecydowałby się opuścić wygodny, ciepły dom by zmierzyć się z własnymi siłami
na górskich szlakach śpiąc pod namiotem, nie raz będąc głodnym, zmęczonym, obolałym?
Pamiętam, jak
wróciłam do domu po pielgrzymce do Santiago. 28 dni marszu, prawie 1000
przebytych kilometrów. Wyszłam z domu słaba, smutna, ze złamaną duszą. Wróciłam
mocniejsza, bardziej poskładana. Dlaczego? Na pewno ten marsz oczyszcza umysł,
pozwala spojrzeć na własne życie z dystansem rosnącym wraz z ilością przebytych
kilometrów. Ale ważnym, jeśli nie najważniejszym działaniem tego marszu jest
wyuczenie się na nowo czerpania radości z najprostszych rzeczy. Z odpoczynku po
kilkugodzinnym marszu, z małego drzewka pośród akrów złotych pól, w którego
cieniu można się skryć przed żarem , z każdego łyka wody i soczystej pomarańczy,
z każdego celu osiągniętego kolejnego dnia, z każdej nowej znajomości, ciekawej
rozmowy, z każdej godziny snu. Wszystko staje się wyraziste, woda nabiera
cudownego smaku, chwila, w której zdejmujesz buty, a pod zmęczonymi stopami
czujesz miękkość trawy i moment, kiedy zakładasz je z powrotem i wiesz, że
czekają na Ciebie te wszystkie miasta i wioski, pasma górskie, nieskończone,
pustynne pola pszenicy, oliwne gaje. Wszystko to nabiera barwy, każda mała
czynność staje się ceremonią. Wyrazistą, soczystą barwą.
A potem wracasz
do domu, a wraz z Tobą wraca trochę tej pięknej nauki. I zakochujesz się w
swoim życiu na nowo.
I kiedy wczoraj
zapadła noc, a na ekranie komórki pojawił się napis ‘mama’, zebrałam wszystkie
siły, wzięłam głęboki wdech. Chciałam brzmieć pozytywnie. Słyszę jej głos,
odpowiadam. I wiem, że ona już wie. Obie wiemy. Wszystko jest jasne. Moje
gardło ściska węzeł. Węzeł wzruszenia. I słyszę ‘Poczytaj sobie jutro książkę.
Przeczytałaś już wszystkie? Może Ci jakąś przysłać?’. Nie umiem opisać
znaczenia tych słów. Wiem tylko, że wtedy wszystko stało się lepsze.
A łącząca nas
więź znów nabrała intensywności.
I tym również
jest podróżowanie. Są pałace i słonie, są lśniące, kolorowe sari i dania,
których nazw nie umiesz wymówić; są ulice zatopione w chaotycznej melodii
tętniącego życiem miasta, są też te niczym nie wyróżniające się uliczki, w
których poukrywane się arabskie sklepiki , które wskaże Ci tylko miejscowy, pełne
obłędnie pachnących ręcznie tłoczonych olejków z kwiatów lotosu,.
Ale to tylko
część Twojej podróży.
Bo co najmniej
jej połowa dzieje się w Twoim sercu. Oczy widzą więcej, słowa układają się
mądrzej, umysł nabiera pokory, życie nabiera kontrastów, a Ty uczysz się
wdzięczności. Najprostszej,
najczystszej, najpiękniejszej drogi do szczęścia.
Nie mogę
zasnąć. Wychodzę na dwór. Powietrze wypełnia słodki, ciepły zapach nocy.
Wszechobecne cykady otulają spokojną, znaną melodią. Patrzę w górę. Księżyc
rozświetla czarne jak smoła niebo, jest wielki, kuszący. Przyciąga. A więc jest
pełnia.
Uśmiecham się.
Wszystko jest w pełnej harmonii. Nawet te łzy tęsknoty za czymś nieuchwytnym,
to emocjonalne zachwianie, myśli, które ciężko ułożyć w całość i słowa, które
tutaj piszę, nawet one są częścią tej wspaniałej równowagi. Tak jak radość i
przyjaźń, potrzebny jest również smutek i samotność.; by przez chwilę dostrzec
więcej i być może coś z tej ulotnej lekcji zapamiętać, obudzić się następnego
dnia z uśmiechem wdzięczności za to co mamy i pragnieniem nowego początku,
kolejnego wyzwania.
wtorek, 23 lipca 2013
Czerwone banany, olejek z kwiatów lotosu i święta krowa, czyli wszystkie kolory Indii
Budzik dzwoni o 6.15. Czuję się, jakby był środek nocy. Ledwo udaje mi się unieść jedną powiekę. Patrzę w świecący ekran komórki. Trochę z pamięci, wspomagając się rozmytym obrazem znajduję przycisk 'odrzuć'. Unoszę lewą nogę i znajduje stopą na ścianie włącznik światła. Okrutne jarzeniowe światło razi nawet zamknięte oczy. Chwilę jeszcze leżę, po czym nieśmiało otwieram oczy. Za oknem powoli świta. Na taborecie leży przyszykowany strój do ćwiczeń. Uruchamiam autopilota. Pokieruje mną dopóki umysł nie zacznie pracować jak należy. Ubieram się, myję zęby, splatam włosy w niezdarnego koka. Podchodzę do lustra potykając się o garnki na podłodze. Fluid, puder, tusz do rzęs. Tak, wiem, że to dziwne, ale lubię czuć się dobrze we własnej skórze nawet podczas zajęć ashtangi o 6.30.
Wychodzę. 47 kroków dalej wchodzę przez bramę, zdejmuję buty na jedenastym stopniu i boso wędruję przez mały przedpokoik do sali ćwiczeń. Wzrokiem wypatruję wolnego miejsca. Nie jest tak znowu tłoczno, więc znajduję je bez problemu. Rozkładam matę. Zaczynam moją serię. Czuję jak ciało nabiera elastyczności z każdym kolejnym skłonem, mięśnie powoli się rozgrzewają. Płynę. Doskonalę kolejne pozycje. Powoli, bez presji. Nigdzie mi się nie spieszy, z nikim się nie ścigam, do nikogo nie porównuję. Po prostu ćwiczę. Półtorej godziny później kładę się do relaksu i wyobrażam sobie że moje ciało rozpływa się po macie, a energia rozchodzi się równomiernie po całym ciele, aż po czubki palców. Kolejny mały cel został osiągnięty. Czuję odrobinę satysfakcji. To dobry początek.
Obracam się na bok, powoli wstaję. Zabieram matę i bez słowa wychodzę. Jak wszyscy. Przychodzisz, ćwiczysz, relaksujesz się, wychodzisz. To wszystko. Proste. I codziennie to samo, choć trochę inaczej, bo Twoje ciało podlega ciągłym zmianom. Jednym słowem-ashtanga.
Wracam do pokoju i jak na twardą kobietę z północy przystało, włączam trening Chodakowskiej, bo jednak joga to nie wszystko. Kolejne 40 minut intensywnego treningu wzbudza oczekiwaną satysfakcję.
Jest zaledwie 10.00. Biorę szybko prysznic. Wrzucam brudne ciuchy do wiadra, który służy mi również jako wanna. Zalewam płynem do prania. Ubieram się, wychodzę. Zaczynam od Santoshy-okolicznego punktu integracji wszystkich joginów z Zachodu. Na furtce nie ma żadnej informacji, zdradzającej to urocze miejsce. Wślizguję się do środka. Obchodzę dom wąskim chodniczkiem. Wejście znajduje się na tyłach. Ktoś donośnie się ze mną wita.
Łatwo poznać tu nowe osoby. Wystarczy, że znasz jedną, zaraz poznajesz jej znajomych, aż w końcu znasz już niemalże wszystkich. Nie jest nas tak znowu wiele, a każdy czuje podobny strach przed samotnością. Tak więc nie wchodzę nawet do środka. Zostaję na zewnątrz, siadam przy dużym, drewnianym stole. Jest też dziewczyna z Irlandii, ze Słowacji i kolejna Polka, jedyna w okolicy, oprócz mnie. Rozmawiamy o jodze, diecie, jedzeniu, podróżach...
Pytam, czy ktoś chce ze mną jechać do centrum, zgubić się w mieście, bez przewodnika, bez żadnych wskazówek, co trzeba zobaczyć, co jest ładne, a co niewarte uwagi. Żadna z dziewczyn nie może, robią kursy instruktorskie i mają zajęcia po południu.
Dzisiaj jestem pełna determinacji. Postanawiam jechać choćby sama. Chcę doświadczać nowych miejsc, nowych kolorów. W drodze powrotnej zaglądam do Daniela, 32-letniego Hiszpana. Mówię, że jadę do centrum, żeby się zgubić. W odpowiedzi słyszę tylko dwa słowa: 'Weź mnie.'. Uśmiecham się, choć mój uśmiech nie jest w stanie odzwierciedlić mojej radości.
Idziemy na przystanek autobusowy. Po drodze wypijamy wodę z młodego kokosa i mijamy świętą krowę, ubraną w kolorowe tkaniny i złote ozdoby.
Jedziemy. Wysiadamy w samym centrum. Nie wiemy dokąd iść. Mówię 'Zaufajmy mojej kobiecej intuicji'. Daniel się żegna, śmiejemy się i idziemy w prawo. Skręcamy w nie za dużą ulicę, pełną handlarzy. Tutaj riksze przybierają bardziej ładunkową postać. Przerobione na pięciokołowe mini ciężarówki, potrafią udźwignąć kilkaset kilo ryżu i dwóch tragarzy na szczycie.
Przemieszczamy się płynnie między rikszami, rowerami i samochodami, przechodząc od jednego stoiska do kolejnych. Jest mężczyzna, który sprzedaje same cebule i ziemniaki, i taki, który ma tylko stare kłódki. Inny specjalizuje się w ryżu, na stole prezentuje ze 20 gatunków do wyboru. Obok stoi mąka. Rozmawiamy. Dowiaduję się, że to wszystko pszenica, że najtańsza jest razowa, najdroższa ta najbielsza i najdrobniejsza. Śmieję się. Że też u nas musi być dokładnie na odwrót...
Jest też stoisko z różnymi gatunkami chili. A więc tu jest winowajca, źródło piekącego smaku każdej, choćby najsłodszej hinduskiej potrawy...
Skręcam w małą uliczkę. Śmierdzi, ale nie zniechęca mnie to. W Indiach trzeba się na to uodpornić. Tak samo jak na błoto w Twoich sandałach, dziesiątki czarnych oczu wpatrujących się bez żadnego skrępowania w Twoją bladoskórą twarz i jasne włosy, curry, chili i masalę oraz tego, że niczego nie rozumiesz, bez względu na to, czy ktoś mówi po regionalnym dialekcie, czy po angielsku. Na to wszystko jest tylko jedna rada- uśmiech.
Tak więc zgodnie z tą zasadą, czując zapach sugerujący publiczną latrynę, uśmiechamy się. Za zakrętem widzimy mężczyznę suszącego tysiące worków, służących tutaj do pakowania dosłownie wszystkiego.
Oglądamy, podziwiamy, chłoniemy atmosferę hinduskiego targu. Za zakrętem widzimy sklep ze słodyczami. Kolorowe bloki, kostki i ciastka piętrzą się pod sam sufit. Z czego są zrobione? W większości z kuskusa, cukru i masła. Oprócz tego w składzie można odkryć suszone owoce i orzechy, nierzadko również ostre przyprawy.
Najpierw trafiamy do części z barwnikami. Sprzedawca z uśmiechem pyta się, czy wiem, co to jest. Odpowiadam, że nie. Tłumaczy mi, że po dodaniu wody barwniki zamieniają się w farby. A jeśli dodasz sok z połowy cytryny, możesz przemalować ubrania.
Podchodzimy do stoiska z bananami. Są czerwone, żółte i takie malutkie, przepyszne. Rozmawiam ze sprzedawcą, czym się różnią i decyduję się spróbować czerwonego-podobno jest świetny na żołądek i mniej słodki niż żółte. Jest też znacznie droższy, 1 sztuka kosztuje 8 rupii, podczas gdy żółty zaledwie 2 (10gr). Wyobrażacie sobie kupić dziesięć pięknych, słodkich, dojrzałych bananów za złotówkę?! Na samą myśl znowu się uśmiecham.
Nie wiem nawet, ile czasu tam spędziliśmy. Lecz gdybyśmy mieli zmierzyć tą przygodę w barwach, którymi cieszyły się nasze oczy, uśmiechach skierowanych w naszą stronę, zapachach olejków pokrywających moje ręce aż po łokcie, mijanych pączków róż i kwiatów jaśminu, wyszłaby co z tego najmniej nieskończoność.
Wychodzę. 47 kroków dalej wchodzę przez bramę, zdejmuję buty na jedenastym stopniu i boso wędruję przez mały przedpokoik do sali ćwiczeń. Wzrokiem wypatruję wolnego miejsca. Nie jest tak znowu tłoczno, więc znajduję je bez problemu. Rozkładam matę. Zaczynam moją serię. Czuję jak ciało nabiera elastyczności z każdym kolejnym skłonem, mięśnie powoli się rozgrzewają. Płynę. Doskonalę kolejne pozycje. Powoli, bez presji. Nigdzie mi się nie spieszy, z nikim się nie ścigam, do nikogo nie porównuję. Po prostu ćwiczę. Półtorej godziny później kładę się do relaksu i wyobrażam sobie że moje ciało rozpływa się po macie, a energia rozchodzi się równomiernie po całym ciele, aż po czubki palców. Kolejny mały cel został osiągnięty. Czuję odrobinę satysfakcji. To dobry początek.
Obracam się na bok, powoli wstaję. Zabieram matę i bez słowa wychodzę. Jak wszyscy. Przychodzisz, ćwiczysz, relaksujesz się, wychodzisz. To wszystko. Proste. I codziennie to samo, choć trochę inaczej, bo Twoje ciało podlega ciągłym zmianom. Jednym słowem-ashtanga.
Wracam do pokoju i jak na twardą kobietę z północy przystało, włączam trening Chodakowskiej, bo jednak joga to nie wszystko. Kolejne 40 minut intensywnego treningu wzbudza oczekiwaną satysfakcję.
Jest zaledwie 10.00. Biorę szybko prysznic. Wrzucam brudne ciuchy do wiadra, który służy mi również jako wanna. Zalewam płynem do prania. Ubieram się, wychodzę. Zaczynam od Santoshy-okolicznego punktu integracji wszystkich joginów z Zachodu. Na furtce nie ma żadnej informacji, zdradzającej to urocze miejsce. Wślizguję się do środka. Obchodzę dom wąskim chodniczkiem. Wejście znajduje się na tyłach. Ktoś donośnie się ze mną wita.
Łatwo poznać tu nowe osoby. Wystarczy, że znasz jedną, zaraz poznajesz jej znajomych, aż w końcu znasz już niemalże wszystkich. Nie jest nas tak znowu wiele, a każdy czuje podobny strach przed samotnością. Tak więc nie wchodzę nawet do środka. Zostaję na zewnątrz, siadam przy dużym, drewnianym stole. Jest też dziewczyna z Irlandii, ze Słowacji i kolejna Polka, jedyna w okolicy, oprócz mnie. Rozmawiamy o jodze, diecie, jedzeniu, podróżach...
Pytam, czy ktoś chce ze mną jechać do centrum, zgubić się w mieście, bez przewodnika, bez żadnych wskazówek, co trzeba zobaczyć, co jest ładne, a co niewarte uwagi. Żadna z dziewczyn nie może, robią kursy instruktorskie i mają zajęcia po południu.
Dzisiaj jestem pełna determinacji. Postanawiam jechać choćby sama. Chcę doświadczać nowych miejsc, nowych kolorów. W drodze powrotnej zaglądam do Daniela, 32-letniego Hiszpana. Mówię, że jadę do centrum, żeby się zgubić. W odpowiedzi słyszę tylko dwa słowa: 'Weź mnie.'. Uśmiecham się, choć mój uśmiech nie jest w stanie odzwierciedlić mojej radości.
Idziemy na przystanek autobusowy. Po drodze wypijamy wodę z młodego kokosa i mijamy świętą krowę, ubraną w kolorowe tkaniny i złote ozdoby.
Jedziemy. Wysiadamy w samym centrum. Nie wiemy dokąd iść. Mówię 'Zaufajmy mojej kobiecej intuicji'. Daniel się żegna, śmiejemy się i idziemy w prawo. Skręcamy w nie za dużą ulicę, pełną handlarzy. Tutaj riksze przybierają bardziej ładunkową postać. Przerobione na pięciokołowe mini ciężarówki, potrafią udźwignąć kilkaset kilo ryżu i dwóch tragarzy na szczycie.
Przemieszczamy się płynnie między rikszami, rowerami i samochodami, przechodząc od jednego stoiska do kolejnych. Jest mężczyzna, który sprzedaje same cebule i ziemniaki, i taki, który ma tylko stare kłódki. Inny specjalizuje się w ryżu, na stole prezentuje ze 20 gatunków do wyboru. Obok stoi mąka. Rozmawiamy. Dowiaduję się, że to wszystko pszenica, że najtańsza jest razowa, najdroższa ta najbielsza i najdrobniejsza. Śmieję się. Że też u nas musi być dokładnie na odwrót...
Jest też stoisko z różnymi gatunkami chili. A więc tu jest winowajca, źródło piekącego smaku każdej, choćby najsłodszej hinduskiej potrawy...
Skręcam w małą uliczkę. Śmierdzi, ale nie zniechęca mnie to. W Indiach trzeba się na to uodpornić. Tak samo jak na błoto w Twoich sandałach, dziesiątki czarnych oczu wpatrujących się bez żadnego skrępowania w Twoją bladoskórą twarz i jasne włosy, curry, chili i masalę oraz tego, że niczego nie rozumiesz, bez względu na to, czy ktoś mówi po regionalnym dialekcie, czy po angielsku. Na to wszystko jest tylko jedna rada- uśmiech.
Tak więc zgodnie z tą zasadą, czując zapach sugerujący publiczną latrynę, uśmiechamy się. Za zakrętem widzimy mężczyznę suszącego tysiące worków, służących tutaj do pakowania dosłownie wszystkiego.
Dochodzimy do większego skrzyżowania. 'Teraz Ty wybierasz kierunek'-mówię do Daniela. Rozgląda się i wskazuje bogato zdobiony budynek na wprost od nas. Patrzymy w prawo, mija nas parę motocyklistów, dochodzimy do środka jezdni. Patrzymy w lewo. Droga w miarę wolna- tylko dwie riksze i rower, a więc idziemy. Tak tutaj się chodzi. Gdybyś zamierzał doczekać momentu, kiedy nikt nie nadjeżdża z żadnej strony, prawdopodobnie nigdy nie przeszedłbyś przez ulicę.
Jesteśmy na miejscu. Tajemniczy budynek okazuje się być muzeum sztuki, za pewne mało znanym, bo w okolicy nie ma żadnych białych twarzy. Podchodzimy do kasy. Cena dla obcokrajowców jest 4 razy większa. Nikogo to nie dziwi, nikt nie próbuje tego ukryć. Wymalowana po hindusku i angielsku liczby są bezwzględne.
Ale w końcu jesteśmy w Indiach. Uśmiecham się do pani w okienku i pytam, raczej w ramach żartu, czy dla studentów jest zniżka. I oto proszę, jest! Płacimy połowę ceny, a więc tylko 2 razy więcej niż tubylcy. Wchodzimy.
Muzeum nie zachwyca. Kilka wyrobów z kości słoniowej, trochę obrazków przedstawiających historię Sri Krishny i Sudhamy. Razem próbujemy stworzyć opowieść pasującą do rysunków. W końcu obiecujemy sobie sprawdzić ją po powrocie domu w internecie.
Jest trochę pozostałości z czasów kolonizacji, dostojni brytyjscy żołnierze na koniach, porcelanowy talerz wymalowany w aniołki, wielki, drewniany zegar stojący na delikatnych, powykręcanych nóżkach.
Najciekawsze jest jednak to, że żaden eksponat nie ma daty. Na plastikowych tabliczkach opisujących poszczególne przedmioty znajdują się najwyżej dwa słowa. I tak miedziany słoń jest po prostu miedzianym słoniem, a pudełko z kości słoniowej jest pudełkiem z kości słoniowej. Nie wiesz skąd, kiedy powstało, ani nawet do czego służyło. No cóż. Jakby tego mało, co chwila znajdujemy błędy ortograficzne w angielskich tłumaczeniach. Co robimy? Uśmiechamy się. W końcu to Indie. Bez uśmiechu zginiesz w morzu własnych pretensji.
Wychodzimy, błądzimy dalej. I właśnie wtedy spotyka nas najwspanialsza przygoda tego dnia. Trafiamy na targ. Najpierw kilka straganów okalające całe to bogactwo kolorów, zapachów i smaków. Są sprzedawcy bananów, jabłek i melonów. Są kobiety noszące kosze pomarańczy na głowach. Soczyste, tętniące granaty, na których sam widok stajesz się głodny...
Oglądamy, podziwiamy, chłoniemy atmosferę hinduskiego targu. Za zakrętem widzimy sklep ze słodyczami. Kolorowe bloki, kostki i ciastka piętrzą się pod sam sufit. Z czego są zrobione? W większości z kuskusa, cukru i masła. Oprócz tego w składzie można odkryć suszone owoce i orzechy, nierzadko również ostre przyprawy.
Dostrzegam małą, zaciemnioną uliczkę. A więc jest! Wąska, zadaszona alejka prowadzi w sam środek prawdziwego targu. Skręcam, by już kilka metrów dalej wpaść w wir setek handlarzy i kupców, targujących się rodzin, kobiet w świetlistych sari przebierających w pękach przypraw.
Dalej naszym oczom ukazują się stoiska z kadzidłami. Wszystko ręcznie robione. Jest drzewo sandało, ylang-ylang, jaśmin. Są też te o zapachu róży i kwiatu lotosu. Sprzedawca pokazuje mi kolejne, daje powąchać, opowiada, które do czego służą. Jedne wyciszają, inne pomagają w medytacji; jeszcze inne odstraszają komary. Zapewnia, że wszystkie palą się przez godzinę. Uśmiecham się, pytam, czy mogę zrobić zdjęcie. Dostaję dwa kadzidła w prezencie, na próbę. Cieszę się na myśl o zapachu lotosu wypełniającym mój mały, wilgotny pokoik.
Dalej trafiamy w aleję kwiatów. Miliony pęczków w kolorze czerwieni, różu i karminu piętrzą się i roztaczają obłędny, słodki zapach. Mężczyźni siedzący po turecku splatają z nich długie warkocze, które potem kobiety wpinają we włosy. Różnorodność kształtów, gatunków i kolorów pozwala im tworzyć przeróżne ozdoby służące później jako ofiara dla bóstw w świątyniach.
Dalej mijamy mężczyznę sprzedającego wyroby z cukru trzcinowego, handlarza olejków eterycznych i kobietę z jednym zębem oferującą zielone liście służące do żucia, których nazwy nie pamiętam. Wszyscy chcą być na zdjęciu, wszyscy się uśmiechają. Nawet kobieta z jednym zębem nie ma oporów przed radosnym uśmiechem, choć do zdjęcia decyduje się pozować z zamkniętymi ustami.
Dalej wkraczamy w krainę warzyw. Setki gatunków strączków leży w wielkich stertach na ziemi. Są ziemniaki, kalafiory i marchew, bakłażany w trzech rozmiarach i jeszcze jedne, w białe paski. Są pęki koperku i natki pietruszki, choć zupełnie innej niż ta nasza, bardziej pikantnej. Jest kapusta i szpinak. I są też setki roślin, które widzę po raz pierwszy, których nazw nie nie pamiętam albo nawet nigdy nie słyszałam, o przeróżnych zastosowaniach, smakach i kolorach.
Nie wiem nawet, ile czasu tam spędziliśmy. Lecz gdybyśmy mieli zmierzyć tą przygodę w barwach, którymi cieszyły się nasze oczy, uśmiechach skierowanych w naszą stronę, zapachach olejków pokrywających moje ręce aż po łokcie, mijanych pączków róż i kwiatów jaśminu, wyszłaby co z tego najmniej nieskończoność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



