Wiele osób mnie pyta, dlaczego przestałam pisać. Tak, wciąż jestem w Indiach. Nie, nie jestem chora. Mam się dobrze i nawet przeniosłam się do innego regionu. Dlaczego w takim razie przerwałam? Bo w pewnym momencie przestało chodzić o Indie, a zaczęło chodzić o to, co się działo w mojej głowie. Przyjeżdżasz do nowego miejsca, nawet tak egzotycznego jak Indie. Wychodisz z lotniska i wszystko jest niesamowite. Kolory, stroje, budynki, zwyczaje, klaksony, riksze i... te krowy spokojnie stojące w samym środku całego tego bałaganu, od niechcenia machające ogonem. Ale mija tydzień, drugi, trzeci. Stajesz się częścią tego miejsca. Ciężko Cię zaskoczyć. I nie tylko dlatego, że już to wszystko widziałeś, ale dlatego, że uczysz się tego nowego miejsca i tego, czego możesz się po nim spodziewać.
I właśnie wtedy wkraczasz na drugi stopień podróżowania. Właśnie wtedy, kiedy ten Twój nowy, mały świat zmusza Cię do konfrontacji z samym sobą. Z tym najcięższym, choć niewidzialnym bagażem, który przywlokłeś ze sobą z domu. I bywa burzliwie. I smutno. Cały ten wielki supeł, który ściskasz w środku zaczyna się rozplątywać. Supełek po supełku, nieregularnie, często niedostrzegalnie, gdzieś głęboko, tak że ciężko to nawet zauważyć, policzyć. A jednak ciągle idziesz naprzód, nawet kiedy oglądasz trzeci raz ten sam film i kończysz pochłaniać karton lodów i myślisz, że wszystko jest jedną wielką klęską, nawet wtedy idziesz na przód, przełamujesz stare, zlodowaciałe problemy. Budzisz się następnego dnia o jeden supełek lżejszy i karton lodów cięższy. Ale z czasem i kartonów coraz mniej.
Ale nie chodzi tylko o problemy, które wcześniej, zamiast rozpracowywać, zagłuszałeś; albo z którymi próbowałeś walczyć, ale mimo wszelkich starań trwałeś w miejscu. Chodzi też o odkrywanie siebie. W tym nowym miejscu, zwłaszcza tak innym niż Twój dom, gdzie nijak nie możesz odnaleźć niczego, co by Ci ten dom przypominało, odkrywasz w końcu siebie. Tu nie grasz starych ról, nie ma rodziny, przyjaciół, pracy, sąsiadów. Tworzysz siebie. Tworzysz i obserwujesz. Co tak naprawdę lubisz? Ile czasu chcesz spędzać z ludźmi, a ile w samotności? Czego się boisz? Co Cię śmieszy? O czym lubisz rozmawiać i czy w ogóle lubisz? W co wierzysz? Co Cię wkurza? Jak szybko płyną Twoje myśli? I o czym są? O czym marzysz wieczorami, śnisz w nocy, myślisz nad ranem? W końcu nawet wiesz, co byś sobie wytatuował na stopie, gdybyś poczuł taką potrzebę. Wiesz, co jest dla Ciebie ważne, nad czym chciałbyś pracować, gdzie są Twoje słabości. Przyjmujesz je, otwierasz się na każdą część siebie, bo co innego Ci pozostaje w tym małym pokoju wypełnionym co najwyżej dźwiękami ciągle tych samych piosenek? W końcu musisz się sam ze sobą pogodzić. Zwłaszcza jak internet do bani, wszyscy Twoi bliscy spią albo żyją własnym życiem, bo jak wstajesz to u nich jest 3h w nocy, a jak idziesz spać - 17h. Uczysz się ciszy, a ta cisza uczy Ciebie.
Żyjesz najlepiej jak potrafisz, a jednocześnie stoisz obok i obserwujesz, rozwijasz się. I w końcu puszczają stare hamulce, nitki w Twojej głowie, z tego wielkiego supła przemieniają się w kryształowy graf z kalejdoskopu. No prawie. I powoli. I choć nadal tego wszystkiego dużo, łatwo zrozumieć powiązania i przyczyny. Wszystko się wydaje jekieś prostsze, bardziej logiczne. Dużo przyjaźniejsze. I Ty sam stajesz się przyjaźniejszy. Dla siebie. I dla innych. Wiesz też, czego brakuje Ci najbardziej, co jest dla Ciebie najcenniejsze. I kto.
I coraz mniej w Tobie lęku i samotności. Bo wraz z wyprostowaniem kilku rzeczy w głowie, zaczynasz odczuwać spokój. Ufność. Masz w sobie więcej pewności, radości zbudowanej na tym, do czego chcesz wrócić. Już tak nie pędzisz myślami do domu. Pozwalasz czasu płynąć swoim tempem, bo wystarczy Ci świadomość, że on płynie, a Ty razem z nim dopłyniesz w końcu do domu. Właśnie wtedy, kiedy nadejdzie najlepszy czas. I to nie będziesz ten sam Ty. Tylko lepsza wersja Ciebie. Dojrzalsza. Mądrzejsza. Bardziej kochająca.
******************************************************************************
Jak to było u mnie?
Od samych Indii ważniejsza stała się joga. Praktyka asan dwa razy dziennie. Zmieniłam szkołę z Instytut Pattabhiego Joysa na mniej komercyjną i sławną, za to, w moim odczuciu, dużo lepszą. Dali mi tam porządny wycisk i pozwolili na wyraźny postęp. Ćwiczenie dwa razy dziennie to dużo więcej niż po rpostu 2 i pół godziny praktyki asan. To też godzina, o której musisz wstać, pora śniadania po pierwszych zajęciach; i lunchu na godzinę przed drugimi, wyprawy na zakupy pomiędzy; kolacji, o której marzysz po udanej praktyce, i z którą chcesz zdążyć przed zachodem słońca. Cały dzień nabiera rytmu, a mięśnie stają się silniejsze i elastyczniejsze każdego dnia. Każda kolejna godzina praktyki niesie ze sobą odrobinę więcej stabilności, samoakceptacji. Nawet jeśli wydaje Ci się, że się cofasz, a ciało jest sztywniejsze i słabsze niż poprzedniego dnia. Może zwłaszcza wtedy.
Przyszła też pora na różne supełki w mojej głowie. Pewnie nie na wszystkie, ale po tych dwóch miesiącach i tygodniu, który mija dzisiaj, czuję, że mnóstwo ciężkiej pracy za mną. Choć nie wiem do końca, kiedy to się stało, bez wątpienia najstarsza terapia psychologiczna, jaką jest długa, samotna podróż, działa. Czy to wymaga odwagi? Nie. To wymaga spontaniczności, pieniędzy na samolot i głębokiego, silnego pragnienia bycia szczęśliwym.
A bycie szczęśliwym, cóż, jest dużo trudniejsze niż bycie nieszczęśliwym. Po tych 66 dniach w Indiach w końcu rozumiem, ile radości może dać jesienny spacer z psem po lesie kabackim , skok na główkę do basenu- ładnego, czystego, gdzie nikt się na Ciebie nie gapi, jakbyś właśnie miała sesję zdjęciową do Playboya, smak rukoli i polskich jabłek... a nawet to, że kierowcy używają kierunkowskazów, a nie klaskonów w zamian i że wszędzie są chodniki. I jak poczujesz taką potrzebę, to możesz wyjść z domu i iść przed siebie. Wielogodzinny spacer po parkach, starówce, nad Wisłą. Możesz nawet utonąć anonimowo w tłumie ludzi w centrum i po prostu cieszyć się tym, że czujesz się bezpiecznie... A wszystko to możesz dzielić z tymi, których kochasz. I w najbardziej naturalny, prosty sposób, czuć się zupełnie spełniony.
Ale przez te 66 dni przede wszystkim zrozumiałam, jak bezcennym darem jest rodzina i miłość. I oby ta wiedza została równie świeża jeszcze długo, dłuuugo po moim powrocie.
