wtorek, 6 sierpnia 2013

Joga na dachu

Jest coś niezwykłego w ćwiczeniu jogi na świeżym powietrzu, bez czterech ścian ograniczających spojrzenie i oddech... A ćwiczenie jogi na dachu jest podwójnie fantastyczne. :) Zamieszczam tylko kilka zdjęć.









poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Z wizytą u lekarza ajurwedyjskiego




Postanowiłam wybrać się do lekarza ajurwedyjskiego. Z moim zamiłowaniem do zdrowego trybu życia i dietetyki nie mogłabym tego przeoczyć. Jednocześnie chciałam trafić do prawdziwego specjalisty, a nie pierwszego lepszego gabinetu,  albo co gorsza do ajurwedyjskiej wersji dla turystów.

Dlatego czekałam, aż taka wiadomość sama mnie odnajdzie. I tak się stało. W końcu poznałam hindusa, który opowiedział mi o świetnym lekarzu ajurwedyskim, dyrektorze związku lekarzy ajurwedyskich w całym regionie, który na dodatek przyjmuje 3 przecznice dalej. Pozostawało tylko zebrać się na odrobinę odwagi i pójść we wskazane miejsce.

 I chyba naprawdę moim przeznaczeniem było ta trafić, bo kiedy zaszłam na tą ulicę i nie mogłam znaleźć gabinetu, z drugiej strony ulicy ktoś do mnie krzyknął. I oto ten sam Hindus stał w kolejce do krawca, uśmiechał się i machał do mnie. Odnaleźliśmy miejsce wspólnie. Malutka poczekalnia była przepełniona ludźmi, pozostali siedzieli na schodkach przed wejściem. Z jednej strony to fatalna wiadomość. Taka kolejka oznaczała przynajmniej 2 godziny czekania. Z drugiej strony facet musi być naprawdę niezły, skoro ma tylu chętnych. Hindus radzi, żebym przyszła za godzinę.

Godzinę później sytuacja wygląda podobnie, tylko twarze trochę inne. Postanawiam wrócić następnego dnia.

Następnego dnia rano jest zamknięte. Pytam obok w sklepie z cukierkami, o której doktor otwiera. O 11h, za dwie godziny. Wracam do pokoju. Trochę zrezygnowana, przyznaję.  Zajmuję się swoimi sprawami, aż decyduję się podjąć kolejną próbę. Jest już 14h40, może już zamknął, kto wie. Przynajmniej mam pretekst do spaceru.

Gabinet otwarty, poczekalnia pusta. W środku jakiś pacjent. Siadam na prowizorycznej ławce zbitej z trzech desek i się rozglądam. Pomieszczenie wielkości mojej łazienki. Po przeciwnej stronie taka sama ławka, a pod ławką biała szafka z wymalowanym czerwonym krzyżykiem, z odpadającymi drzwiczkami opierającymi się ciężko o podłogę i napisem ‘Nie dotykać’. Tak jakby ktoś mógł jej jeszcze jakoś zaszkodzić…
Nadchodzi moja kolej. Wchodzę do gabinetu, jeśli w ogóle można tak to nazwać. Pomieszczenie ma najwyżej półtora metra szerokości i 2 metry długości. Na szczęście na wysokość jest normalne. Połowę wypełnia wąska lada, a przy ladzie mały podeścik. Lekarz prosi, żebym usiadła. Wdrapuję się posłusznie na ladę, która jednocześnie jest jego biurkiem. Przed moimi oczami piętrzą się pudełeczka, pojemniczki i przeróżne flakony. Na podłodze stoją konstrukcje z kartonów, półki uginają się od przeróżnych lekarstw.

Mój lekarz ładnie mówi po angielsku. Kiedy opowiadam mu o swoich przypadłościach, diecie i jodze kiwa głową ze zrozumieniem. Patrzy w przestrzeń, zastanawia się nad moim przypadkiem, czy jest kompletnie nieobecny? Punkt między brwiami naznaczył czerwoną plamą, typowe dla ludzi uczonych, myślicieli, mnichów, lekarzy ajurwedysjkich i joginów.  Pyta, co robię w Indiach, jak długo tu zostanę. Sama już nie wiem, czy jestem u lekarza, czy u znajomego, ale jest sympatycznie. W Europie nie przywykliśmy do tego, żeby lekarz chciał nas poznać, a w sumie, czemu nie? To w gruncie rzeczy bardzo naturalne zachowanie. W końcu wyciąga kilka pudełek ze swojej zaczarowanej szafy. Opowiada po kolei o ich działaniu. Decyduję się na jedno. Wypisuje mi wielką ‘receptę’, na której opisuje mój problem i sposób przyjmowania ziół. Karze wrócić za 15 dni. Płacę 200 rupii, 180 za lek, 20 za konsultację, ‘ONLY’, jak napisał na moim paragonie. I rzeczywiście ‘tylko’, bo dwadzieścia rupii to 1zł i 20gr.



Wracam z mieszanymi uczuciami. Otwieram pudełko, wącham. Jestem zaskoczona, bo tabletki mają naprawdę obłędny zapach i głęboki, czerwony kolor. Biorę dwie, zgodnie z zaleceniem.

A teraz pora na małe wyjaśnienie. Czym jest medycyna ajurwedyjska i o co w ogóle chodzi? Ajurweda to prastara medycyna, a w dosłownym tłumaczeniu z sanskrytu ‘wiedza o życiu’, która powstała w VII w. p. n. e i oczywiście ciągle się rozwija.




Podstawowym założeniem tej pięknej nauki jest to, że ciało i umysł stanowią nierozłączną całość, współoddziałując na siebie i decydując o naszym zdrowiu. Ajurweda zakłada, że naturalnym stanem ludzkim jest zdrowie i harmonia, a choroba to nic innego, jak zachwianie tej harmonii. Równogę w ciele określa się za pomocą trzech Dosh: Vatty, Pitty i Kaphy. Każda z Dosh jest kombinacją żywiołów i związana jest z konkretnymi cechami wyglądu zewnętrznego, naszego charakteru, poziomu energii oraz trawienia.



I tak Vatta, na którą składają się żwyioły wiatr i eter, to osoba szczupła albo bardzo szczupła, o drobnych kościach, dość mocnym ogniu trawiennym (Agni) i ogromnej emocjonalności. Vatta to ruch, prędkość i energia. Taka osoba szybko podejmuje decyzje, jest energiczna i ma dobry apetyt, łatwo zmienia nastrój i wpada w gniew.

Pitta jest stworzona z ognia.  Cechami tej doshy jest średnia, silna lub atletyczna budowa ciała, pewność siebie, odwaga i ambicja. Pitta oznacza również dominację, agresję i inteligencję. Takie osoby cechuje duża dyscyplina i wymagania wobec otoczenia.

Zostaje nam Kappha. To najspokojniejsza z Dosh stworzona z dwóch żywiołów: wody i ziemi. Kapha symbolizuje regenerację i podtrzymanie. To spokój i zrelaksowanie, ogromna empatia, lojalność i rodzinność. Osoby mające nadmiar tej Doshy odznaczają się tendencją do tycia i lenistwa, ich Agni-ogień trawienny jest najsłabszy, dlatego trawienie jest dość męczące, a zamiłowanie do słodyczy zdecydowanie za duże.

Każdy z nas jest kombinacją tych trzech dosh, często z dominacją jednej lub dwóch (jeśli chcecie zrobić sobie test, podaję link na dole). Zadaniem lekarza ajurwedyskiego jest wskazanie nam drogi do osiągnięcia harmonii i wyrównania ich poziomu. Są to wskazówki dotyczące przede wszystkim stylu życia, a więc przyjmowanej wody, pokarmu, poszczenia, praktyki asan i relaksacji. I warto zauważyć, że wskazówki te nie są takie same dla wszystkich, jak w przypadku dietetyki zachodniej, tylko są różne w zależności od  kombinacji dosh w naszym ciele. I tak ilość wody, jaką powinniśmy pić, to czy jedzenie powinno być surowe, czy gotowane, z dodatkiem tłuszczów, czy bez, a jeśli tak to jakich? przyprawy, które powinniśmy stosować, ilość i wielkość posiłków oraz grupy pokarmów, które powinniśmy jeść częściej i te, które powinniśmy omijać, wszystko to dobierane jest indywidualnie i ma przywrócić równowagę w naszym ciele. A równowaga to dobre samopoczucie, szybkie trawienie, wewnętrzny spokój i radość z życia.



Do tego wszystkiego lekarz ajurwedyjski włącza zioła, które poprzez wpływ na układ trawienny i Agni, wpływają na całe ciało, przywracając równowagę trzech dosh  i zdrowie. Niektóre receptury mają tysiące lat i mają kilkanaście składników, inne są znacznie prostsze.

Moim wyrokiem okazał się nadmiar Kapphy. Ponieważ o dietę dbam z ogromnym zaangażowaniem, nie dostałam żadnych zadań w tej dziedzinie. Czerwone tabletki o pięknym zapachu, składające się z ponad 30 różnych ziół (z czego tylko jeden-imbir ma odpowiednik nazwy po polsku) miały rozwiązać problem. No cóż. Magiczne tabletki? Ile razy już to słyszałam?


Tym razem jest inaczej. Poziom energii wyraźnie wzrasta, sen się skraca, humor polepsza, skóra oczyszcza, a trawienie pierwszy raz w życiu działa jak należy. To się nazywa kompleksowe działanie! A ja się z tego wszystkiego cieszę, jak dziecko i mam ochotę podbijać świat! Tak więc oddaję ogromny szacunek całej ajurwedyjskiej spuściźnie i maszeruję na dach na poranną porcję jogi! :)



Podaję linka do testu na doshe: http://www.ajurweda.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=7&Itemid=7


niedziela, 4 sierpnia 2013

Pedicure po hindusku, czyli kompletna katastrofa :)



Postanowiłam zaszaleć, trochę o siebie zadbać w tym ciężkim świecie. Tak więc po porannym praniu na kamieniu (doskonalę się, mam już nie tylko płyn do prania, ale również odplamiacz i wybielacz) zapisałam się na pedicure do ekskluzywnego salonu kosmetycznego, który odkryłam zupełnie przypadkiem kilka dni temu.
 
Jestem na miejscu. Mam złe przeczucie, ale co tam, zobaczymy. Przychodzi kosmetyczka, zaprasza mnie na fotel, prosi, żebym włożyła stopy do pojemnika z wodą. Parzy, jak diabli. Pierwszy minus. No nic, odkręca zimną wodę, czekamy. W międzyczasie zmywa lakier z jednej stopy i zabiera się za skracanie paznokci. Pilniczek co chwila jej wypada. Wygląda, jakby robiła to pierwszy raz w życiu.  Kiedy proszę, żeby je skróciła, sięga po cążki. Są malutkie, całe różowe, z rysunkami zwierzątek. Hmm… Zabiera się do pracy. Powolutku, powolutku. Idzie jak krew z nosa. Patrzę w kolorowe czasopismo, próbuję się odprężyć i cieszyć z tego małego luksusu, na który sobie pozwoliłam. I nagle ciach, patrzę na stopę i okazuje się, że pani kosmetyczka postanowiła przeciąć czwarty paznokieć w poprzek. Nic poważnego, nie ma krwi, jest tylko trochę naderwany. Nie wiem jak jej się to udało tymi małymi, różowymi cążkami w dinozaury, ale wstaję i mówię, że dziękuję, że już mi chyba tego luksusu wystarczy. Kobieta przerażona, że zaraz ją wywalą, ja nie wiem, co zrobić, głupio mi, ale boję się, że jak dojdzie do wycinania skórek, to zostanę bez palca. Wychodzę, tłumaczę w recepcji, że przykro mi, ale ta pani chyba nie za bardzo się na tym zna, pokazuję naderwany paznokieć. Właścicielka wzdycha ze zrozumieniem, nalega, żebym pozwoliła to ‘naprawić’, cokolwiek to znaczy, ale odmawiam. W końcu miałam sobie zrobić prezent, a wyjdzie z tego jakaś masakra z różowymi dinozaurami w tle.

Wychodzę i wracam do domu, z jedną stopą pomalowaną, a drugą już zmytą. Głupio się czuję, ale szybko się orientuję, że najprawdopodobniej nawet gdybym nie miała stopy, nikt by tu tego nie zauważył, bo jednak wszyscy bez żadnego pardonu wlepiają wzrok w moją twarz i włosy.

Cóż. Nie przejmując się dłużej swoją asymetrycznością, wracam do pokoiku i robię sobie full profesjonalny pedicure. Zajmuje mi to godzinę, ale efekt jest co najmniej tak dobry jak po wizycie w salonie Opi.

A obcinacz do paznokci w dinozaury niesie ze sobą znacznie większe przesłanie niż mogłoby się wydawać. Bo widzicie, to było tak. Znalazł się jakiś inwestor z wizją, który  co ś tam widział. Może w Europie, może w Stanach, może na filmie. Tego nie wiem. Ale wiem, że chciał stworzyć taki ładny salon urody, wiecie, w kolorach ziemi, z profesjonalnymi fotelami, szklanymi, podświetlanymi od środka ścianami, lśniącą podłogą z gresu i muzyką relaksacyjną w tle. No i naprawdę mu wyszło. A potem zatrudnił kosmetyczki i tu wychodzą Indie. A wraz z Indiami różowe pudełko w pieski i kotki z różowym kremem w środku (No i co ja mogę myśleć o tym kremie?? Każda kobieta to zrozumie…), obcinacz w dinozaury… No i umiejętności chyba z youtube’a… No i klientka, która ucieka z jedną zmalowaną stopą, bo jej pedicure okazał się być katastrofą!

Ale skoro jesteśmy w Indiach, uśmiechamy się do tego, co miłe i uśmiechamy się do tego, co gorsze. 

Uśmiechamy się zawsze.  Koniec kropka. I to chyba jedna z najpiękniejszych umiejętności, którą można w sobie wykształcić. Umiejętność, bez której życie byłoby potwornie ciężkostrawne. Umiejętność, którą warto rozwijać nie tylko w Indiach.

sobota, 3 sierpnia 2013

Choroba, wizyta w szpitalu i pobieranie krwi w Indiach, czyli jak wdrapałam się na kolejny poziom świadomości :)

Przyszła pora na chorobę. Parę żywieniowych błędów, tu za ostro, tam za tłusto, nowa mikroflora, nie najczystsza woda, kilka niewyspanych nocy, intensywnych dni… To wystarczy.

Budzę się w nocy z zimna. Cała się trzęsę, a szczelne zakrycie moim bezcennym kocykiem przywiezionym z domu na niewiele się zdaje. Próbuję jeszcze zasnąć kilka razy. Wiecie , jak to jest. Zmęczenie podsuwa kuszącą nadzieję, że to wystarczy.  Że jak skulimy się trochę bardziej, to zrobi się ciepło.

W końcu wstaję, idę do łazienki, próbuję rozgrzać się wodą, ale jest zbyt zimna. Cóż, ostatnie dni były zbyt szare, żeby w zbiorniku na dachu woda mogła się naprawdę nagrzać. Zmarznięta podwójnie, wycieram się energicznie ręcznikiem i postanawiam nałożyć na siebie wszystko, co mam. Jeśli to nie pomoże, pójdę do domu właścicieli i zdobędę jakoś kolejne prześcieradła albo koce. Nie mam pojęcia jak to zrobię o 3h30, zwłaszcza jeśli dom jest zamknięty, i w duszy się modlę, żeby zawartość mojej szafy okazała się wystarczająca.

3 bluzki, 2 pary spodni, wokół szyi oplatam sindbadki, z ręcznika robię pelerynę, zdejmuję z łóżka prześcieradło, zwijam się w kłębek na gołym materacu i dokładnie przykrywam kocykiem i dwoma prześcieradłami. Czekam. Mija długa chwila. Pojawia się ciepło. Zasypiam. Nie wiem jeszcze, że to tylko początek ciężkiej walki. Mały i niewinny w porównaniu z tym, co mnie czeka.

Zaczyna się od braku energii, przygnębienia, rezygnacji. Jest niedziela, dzień święty; w mojej obecnej sytuacji głównie dlatego, że nie ma zajęć jogi; o świcie ani w ogóle. Nie zdążam się jeszcze porządnie rozbudzić, kiedy dociera do mnie, że mam gorączkę. Po tym, co wydarzyło się w nocy wcale mnie to nie dziwi. Trwam w poczuciu przygnębienia jeszcze pół godziny, po czym niechętnie zwlekam się z łóżka. Idę do właścicielki po termometr. Mają tylko taki elektryczny. Miałam nadzieję, że zasada nie szukania nowych rozwiązań będzie dotyczyła również termometrów, ale akurat w tej kwestii postanowili być nowocześni. Kobieta wskazuje mi krzesło i każe włożyć termometr pod język. W mojej głowie zapala się czerwona lampka, sygnalizacja ‘Indie. Tu jest brudno. Trzeba wszystko dezynfekować, myć, wycierać, gotować, obierać, parzyć,  jonizować…!’. Pytam, czy nie trzeba tego najpierw wyczyścić. Zapewnie mnie, że jest czyste i się uśmiecha. Cóż, ufam jej. Jej jednej w całych Indiach ufam. Dała mi pitną wodę i prześcieradła, wymieniła w banku sześćset dolarów na rupie, dała mi sztućce i naczynia, z których codziennie jem, nauczyła mnie nawet myć włosy w kuble, więc jeśli jej nie zaufam, przepadnę.

Tak więc wkładam termometr do ust i czekam. Pika. Na wyświetlaczu widnieje jakaś obłędna liczba. Wspaniale. A więc hindusi określają temperaturę ciała w Farenheitach. Za to temperaturę powietrza w stopniach Celsjusza, jak informuje mnie natychmiast właścicielka, śmiejąc się przy tym, jakby to był najlepszy żart. Cóż, sprawdzam temperaturę w Internecie, trochę ponad 37, niewinny początek.

Wracam do łóżka, mam taką minę, że chyba dobrze, że nikt nie musi jej oglądać. Najchętniej teleportowałabym się do domu. Dosyć mam całych Indii, wszystko mnie wkurza, przeklinam sama do siebie pod nosem, albo w myślach, sama już nie wiem. Po jakimś czasie przychodzi Hiszpan, wraz z nim banany i witamina C. Musimy tu o siebie dbać nawzajem, każdy w końcu przez to przechodzi.

Mijają godziny. Nastrój coraz gorszy, temperatura coraz wyższa. Zdążyła mnie rozboleć każda część ciała. Nie wiem już sama, czy to wina gorączki, czy tego potwornego materaca i marzę o miękkim, sprężynowym materacu i puchowej kołderce. Tymczasem mój realny pokój zamienia się w kompletny chaos, a królestwem tego chaosu jest właśnie łóżko. Koc, prześcieradła, laptop, kubek, te wszystkie ciuchy, które założyłam na siebie w nocy, aparat fotograficzny i wszystkie ładowarki i zasilacze jakie tylko wzięłam kotłują się w najbardziej nieokiełznany możliwy sposób, a wśród tego wszystkiego-ja, nieszczęśliwa, chora i kompletnie zaniedbana.

Próbuję spać. Co jakiś czas się budzę, chwilę coś porobię, zasypiam na nowo. Wiecie, jak to jest. Każdy z Was miał gorączkę. Różnica jest tylko taka, że zamiast leżeć w domu i popijać ziółka zaparzone przez mamę i czekać na jej troskliwą dłoń sprawdzającą temperaturę czoła, leżę sama, w samotnym pokoju, którego nikt prócz mnie nie posprząta, na dodatek bez ziółek, bo musiałabym je kupić i sobie zaparzyć; i bez termometru, bo właścicielka postanowiła za każdym razem nalegać, bym zmierzyła temperaturę u niej przy stole. No i jestem w Indiach. Nie zapominajmy o tym szczególe.

W kraju 1000 i jednej choroby. Tropikalnych potworów, które grożą co najmniej paraliżem, poprzedzonym martwicą jelit, owrzodzeniem jamy ustnej i czarną biegunką.  A to wszystko za sprawą jednego komara… No, a przecież bakterie i wirusy to nie wszystko. Bo przecież są jeszcze pasożyty! Jest nawet taki jeden, mój ulubiony. Babcia, próbując zniechęcić mnie do wyjazdu, ujawniła mi jego imię. Tasiemiec tęgoryjec. Więc prócz polio, malarii, trzech typów żółtaczki, duru brzusznego, tężca i błonnicy, czeka jeszcze on-tasiemiec tęgoryjec, bezlitosny i krwiożerczy! Cóż, chyba rzeczywiście trzeba być szalonym, żeby tu przyjeżdżać.

Budzę się, gdy wszyscy dookoła są już dawno na nogach i czuję się znacznie lepiej. 14 godzin snu robi swoje. Termometr znowu wskazuje cyferki bardziej w okolicach 94, a nie 100. Przelicznik Farenheita na Celsjusza na stałe wita w mojej przeglądarce. I choć nadal przekraczam 37 stopni i czuję się beznadziejnie, decyduję się na krótki spacer. Tłumaczę się sama przed sobą świeżym powietrzem, ale tak naprawdę nie mogę już znieść tego łóżka.

No więc wychodzę w piżamie. A właściwie w tych sindbadkach, które jeszcze wczoraj służyły mi jako szalik. Ale przecież to Indie, nikt nie zauważy. I rzeczywiście, niektórzy mało ogarnięci znajomi, mówią mi nawet że świetnie wyglądam. Myślę, co za ironia i gratuluję sobie w myślach założenia tych wielkich, ciemnych okularów.

Szuram tak sobie ospale, aż docieram do stoiska z kokosami, kupuję jednego. Sprzedawca ciosa go swoją szabelką, robi otwór i podaje wraz z plastikową rurką.  I gdzieś tam w duszy liczę na to, że może to bogactwo minerałów, o którym tyle się naczytałam, postawi mnie na nogi. Szuram jeszcze kawałek, kupuję kilka małych bananków, pomarańczę i jabłko, po czym zawracam i szuram z powrotem. Poprzedniego dnia niczego nie zjadłam i czuję, że tego będzie podobnie, ale dobrze było wyjść z tego dusznego pokoju.

Wracam do mojego barłogu, do mojego chorowania. Temperatura wzrasta z upływem każdej godziny. Nie mam już siły rozmawiać, ani pisać. W końcu, pewnie gdzieś w okolicach 39 stopni, nie mam już nawet siły oglądać głupich filmów. Witamina C pochłonięta, banany leżą spokojnie, nieruszone, nadgryzione jabłko ląduje w kuble na śmieci. Płakać mi się chce, tak nienawidzę tych Indii, szkoły jogi, a przede wszystkim, siebie samej.

A temperatura rośnie. Aż w końcu plecy i biodra stapiają się w jeden, wielki, czerwony,  promieniujący ból. Spać się nie da, otworzyć oczu tym bardziej. Leżę półprzytomna, nie do końca świadoma upływającego czasu. I gdzieś w tym okrutnym momencie, podejmuję heroiczną decyzję. Piszę do Francuza maila, żeby przyniósł mi termometr od właścicielki, jak najszybciej.

Niedługo później puka w szybę. Biorę termometr, wciskam jedyny guzik, czekamy aż zapika. Jest wyrok, 107.8. Sprawdzamy w Internecie, 40 stopni.  Nieee.-to było wszystko, co przeszło przez mój zamglony umysł. Jedziemy do szpitala. Francuz załatwia rikszę, szpital jest równie blisko, co stoisko z bananami, ale w tym momencie to koniec świata. W szpitalu, jak na całym świecie, panuje spokojna atmosfera obycia z bólem. Lekarka zadaje kolejne pytania, sprawdza ponownie temperaturę. Pyta się, czy zgadzam się na leki obniżające gorączkę. Tak, zgadzam się! Dostaję zastrzyk  w tyłek. Ma pomóc w ciągu 20 minut. Francuz kupuje leki, dostaje cały instruktaż. W tym momencie kocham go całym sercem. 

Idziemy do ‘laboratorium’ na pobranie krwi. Pielęgniarka karze mi usiąść na starym, rozklekotanym biurowym fotelu, stojącym na końcu malutkiego korytarza, w drzwiach do równie malutkiego biura, zawalonego po brzegi papierami, drukarkami i czymś tam jeszcze-tu świadomość zawiodła. Jestem przekonana, że czekam na tym VIP-owym obrotowym krześle z możliwością odgięcia do poziomu dopóki-nie-zastrzyma-cię-ściana na swoją kolej, aż tu nagle pielęgniarka przychodzi z igłą i taśmą na rzep. Tak, to właśnie jest laboratorium. Tak, ja też w to nie wierzę. Nawet w swojej 40-sto stopniowej agonii. Nie ma to większego znaczenia. Dostaję instrukcje. Opieram dłoń na kolanie, zaciskam pięść, wacik ze spirytusem, ukłucie, czekanie. I tyle. Pora na siusiu. Dostaję pojemniczek, wskazują toaletę. Otwieram drzwi, albo może on je otwiera, w każdym razie staję twarzą w twarz z jakimś starym hindusem. Uroczo, czyli toaleta, albo raczej dziura w podłodze, jest koedukacyjna. No nic, daję rade. Odstawiam pojemniczek na wskazane miejsce, czyli pod schodami. Na pudełeczku widnieje napis ‘Alicja’. I tyle. Nie ma nazwiska, ani numeru pacjenta, ani numeru badania. Po prostu ‘Alicja’.

Wracamy do domu. Biorę paracetamol i padam na mój barłóg. Czekam, aż poczuję się lepiej, aż płyn wstrzyknięty w prawy pośladek rozpłynie się po moim ciele i opanuje gorączkę. W międzyczasie myślę tylko o jednym. Widzę siebie umierającą w tym małym, brzydkim pokoju i zastanawiam się nad groźbą mojej babci, która zniechęcając mnie do wyjazdu sięgnęła w końcu po ostateczny argument, pisząc, że sprowadzenie moich zwłok z Indii będzie kosztować moją mamę fortunę!

Następnego dnia temperatura utrzymuje się na normalnym poziomie. I choć nadal jestem słaba, czuję, że najgorsze minęło. Czytam o objawach tych wszystkich strasznych, paraliżujących, śmiertelnych chorób i z ulgą stwierdzam, że mnie to nie dotyczy. Nawet tasiemiec tęgoryjec nie wygląda już tak przerażająco.

Mija kolejny dzień. Mija też choroba. Wychodzę na zakupy, wszyscy znajomi zwracają mi uwagę, że schudłam (nie wiedziałam, że 40-stopniowa gorączka kosztuje tyle kalorii!). Jedziemy z Francuzem do sklepu z ubraniami na drugim końcu Mysore, takim prawdziwym, nie-dla-turystów. Przymierzam długie, hinduskie spodnie, kolorowe, bawełniane tuniki, bawię się. Cieszę z całego serca tym, że mogę tu być, przebierać w kolorach i wzorach, czuć zapach kadzideł i stać o własnych nogach. Wpatruję się w odbicie mojego nowego, płaskiego brzucha, pewnie trochę za długo, bo Francuz zaczyna grozić, że wyjdzie beze mnie, krążąc w tą i z powrotem po sklepie. W końcu decyduję się na jeden zestaw.




Spotkanie ze znajomymi, spacer. Wszystko wydaje się takie wspaniale. Dlaczego? Nic się nie zmieniło. To znaczy nie zmienili się ani znajomi, ani tematy naszych rozmów, ani sposób spędzania czasu. Nie zmieniły się też Indie. Krowy nadal stoją na środku drogi, a jedzenie roznosi ten sam krzykliwy zapach masali i chilli.

Zmieniłam się ja. Odszedł ten paraliżujący strach, o to, jak to będzie, jak sobie ułożę tu życie, czym wypełnię te wszystkie godziny, za kim będę tęsknić najbardziej. Wraz z chorobą przeszła tęsknota, która nie pozwalała poczuć tego elementarnego, najprawdziwszego szczęścia, które nosi w sercu każdy z nas-radości istnienia, radości wolności. Nagle wyzwanie, jakim był ten wyjazd, przestało być wyzwaniem i stało się nagrodą.

Wróciłam do pokoju, posprzątałam i wywietrzyłam. Spojrzałam w lustro i poczułam kompletną harmonię. I powiem Wam, że to jest najpiękniejsze uczucie, jakiego może doświadczyć człowiek. Harmonię  w sobie samym, harmonię z własnym losem, harmonię z otaczającą go rzeczywistością. Bo to uczucie jest jak drzwi, wielkie dwuskrzydłowe drzwi, które wpuszczają do tego małego, zakurzonego, poplątanego pokoiku wewnętrznego światka promienie oślepiającego słońca, obłędne zapachy wiosennego ogrodu, odważny podmuch wiatru; pozwalają wykurzyć strach przed tym, co nowe i nieznane i wyjść, zachłysnąć się odczuciami wszystkich zmysłów, czerpać z tego wszystkiego, doświadczać i sięgać po własne marzenia bez strachu przed opinią, porażką albo uczuciem spełnienia.

Bo harmonia jest dla mnie kluczem do wszystkiego, co odważne i ogromne. Do miłości, ale nie tej romantycznej, tylko tej długowiecznej, pełnej troski i wyrozumiałości. I nie chodzi tylko o miłość, którą obdarza się  innych, ale również o tą, którą darzymy samych siebie. Bo przecież nie można dzielić się czymś, czego się nie ma... Nie można dawać miłości, jeśli do siebie samego czuje się nienawiść i pogardę. Poczucie harmonii jest również kluczem do spokoju, trwałego spokoju, którym można się otulić w chwilach słabości i znowu poczuć bezpiecznie… I do odwagi. By żyć teraźniejszością, obecną chwilą, własnym oddechem, w rytmie wybijanym przez serce.

Tworzę listę rzeczy, które chcę zrobić w ciągu najbliższych dni. Wizyta u lekarza ajurwedyjskiego, wyprawa do hinduskiego kina i teatru, do sklepu z tkaninami i poleconego krawca. Są też mniej bajkowe cele, jak kupno odplamiacza w supermarkecie i zamiecenie podłogi. Ale wszystkie mnie cieszą. Bo czuję się w zgodzie z sobą i ze światem, i wszystko, co robię i planuję zrobić dyktowane jest pragnieniem poznawania świata, dbaniem o to moje proste życie. A nie przez strach przed samotnością, chęć zagłuszenia własnych lęków, wypełnienie czasu w obawie przed myślami, które się pojawią w nadmiarze wolnego czasu. A różnica jest gigantyczna. Bo nagle życie staje się takie proste, staje się pasmem lekkich, codziennych obowiązków i przygód, doświadczanych z uśmiechem. Nie ma walki, nie ma ciężaru pokonywania siebie w każdej, najprostszej czynności… Na kolejny dzień czekam z niecierpliwością, bez strachu.

I mam nadzieję, że nie masz pojęcia, o czym mówię. Jeśli tak, to znaczy, że jesteś szczęśliwym człowiekiem, z uporządkowanym życiem wewnętrznym i miejmy nadzieję, że zawsze tak będzie. J

Samotna wyprawa wiele pokazuje. Wywleka przeróżne problemy na światło dzienne i karze Ci się z nimi zmierzyć, ponaprawiać. I ta choroba była właśnie takim naprawianiem. Była jak kłótnia. Jak wielka, długa awantura z samą sobą, po której przychodzi zrozumienie, harmonia i nowe, lepsze zasady. I może to zabrzmi absurdalnie, ale takiej choroby, albo raczej takiego uzdrowienia, życzę każdemu.