poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Z wizytą u lekarza ajurwedyjskiego




Postanowiłam wybrać się do lekarza ajurwedyjskiego. Z moim zamiłowaniem do zdrowego trybu życia i dietetyki nie mogłabym tego przeoczyć. Jednocześnie chciałam trafić do prawdziwego specjalisty, a nie pierwszego lepszego gabinetu,  albo co gorsza do ajurwedyjskiej wersji dla turystów.

Dlatego czekałam, aż taka wiadomość sama mnie odnajdzie. I tak się stało. W końcu poznałam hindusa, który opowiedział mi o świetnym lekarzu ajurwedyskim, dyrektorze związku lekarzy ajurwedyskich w całym regionie, który na dodatek przyjmuje 3 przecznice dalej. Pozostawało tylko zebrać się na odrobinę odwagi i pójść we wskazane miejsce.

 I chyba naprawdę moim przeznaczeniem było ta trafić, bo kiedy zaszłam na tą ulicę i nie mogłam znaleźć gabinetu, z drugiej strony ulicy ktoś do mnie krzyknął. I oto ten sam Hindus stał w kolejce do krawca, uśmiechał się i machał do mnie. Odnaleźliśmy miejsce wspólnie. Malutka poczekalnia była przepełniona ludźmi, pozostali siedzieli na schodkach przed wejściem. Z jednej strony to fatalna wiadomość. Taka kolejka oznaczała przynajmniej 2 godziny czekania. Z drugiej strony facet musi być naprawdę niezły, skoro ma tylu chętnych. Hindus radzi, żebym przyszła za godzinę.

Godzinę później sytuacja wygląda podobnie, tylko twarze trochę inne. Postanawiam wrócić następnego dnia.

Następnego dnia rano jest zamknięte. Pytam obok w sklepie z cukierkami, o której doktor otwiera. O 11h, za dwie godziny. Wracam do pokoju. Trochę zrezygnowana, przyznaję.  Zajmuję się swoimi sprawami, aż decyduję się podjąć kolejną próbę. Jest już 14h40, może już zamknął, kto wie. Przynajmniej mam pretekst do spaceru.

Gabinet otwarty, poczekalnia pusta. W środku jakiś pacjent. Siadam na prowizorycznej ławce zbitej z trzech desek i się rozglądam. Pomieszczenie wielkości mojej łazienki. Po przeciwnej stronie taka sama ławka, a pod ławką biała szafka z wymalowanym czerwonym krzyżykiem, z odpadającymi drzwiczkami opierającymi się ciężko o podłogę i napisem ‘Nie dotykać’. Tak jakby ktoś mógł jej jeszcze jakoś zaszkodzić…
Nadchodzi moja kolej. Wchodzę do gabinetu, jeśli w ogóle można tak to nazwać. Pomieszczenie ma najwyżej półtora metra szerokości i 2 metry długości. Na szczęście na wysokość jest normalne. Połowę wypełnia wąska lada, a przy ladzie mały podeścik. Lekarz prosi, żebym usiadła. Wdrapuję się posłusznie na ladę, która jednocześnie jest jego biurkiem. Przed moimi oczami piętrzą się pudełeczka, pojemniczki i przeróżne flakony. Na podłodze stoją konstrukcje z kartonów, półki uginają się od przeróżnych lekarstw.

Mój lekarz ładnie mówi po angielsku. Kiedy opowiadam mu o swoich przypadłościach, diecie i jodze kiwa głową ze zrozumieniem. Patrzy w przestrzeń, zastanawia się nad moim przypadkiem, czy jest kompletnie nieobecny? Punkt między brwiami naznaczył czerwoną plamą, typowe dla ludzi uczonych, myślicieli, mnichów, lekarzy ajurwedysjkich i joginów.  Pyta, co robię w Indiach, jak długo tu zostanę. Sama już nie wiem, czy jestem u lekarza, czy u znajomego, ale jest sympatycznie. W Europie nie przywykliśmy do tego, żeby lekarz chciał nas poznać, a w sumie, czemu nie? To w gruncie rzeczy bardzo naturalne zachowanie. W końcu wyciąga kilka pudełek ze swojej zaczarowanej szafy. Opowiada po kolei o ich działaniu. Decyduję się na jedno. Wypisuje mi wielką ‘receptę’, na której opisuje mój problem i sposób przyjmowania ziół. Karze wrócić za 15 dni. Płacę 200 rupii, 180 za lek, 20 za konsultację, ‘ONLY’, jak napisał na moim paragonie. I rzeczywiście ‘tylko’, bo dwadzieścia rupii to 1zł i 20gr.



Wracam z mieszanymi uczuciami. Otwieram pudełko, wącham. Jestem zaskoczona, bo tabletki mają naprawdę obłędny zapach i głęboki, czerwony kolor. Biorę dwie, zgodnie z zaleceniem.

A teraz pora na małe wyjaśnienie. Czym jest medycyna ajurwedyjska i o co w ogóle chodzi? Ajurweda to prastara medycyna, a w dosłownym tłumaczeniu z sanskrytu ‘wiedza o życiu’, która powstała w VII w. p. n. e i oczywiście ciągle się rozwija.




Podstawowym założeniem tej pięknej nauki jest to, że ciało i umysł stanowią nierozłączną całość, współoddziałując na siebie i decydując o naszym zdrowiu. Ajurweda zakłada, że naturalnym stanem ludzkim jest zdrowie i harmonia, a choroba to nic innego, jak zachwianie tej harmonii. Równogę w ciele określa się za pomocą trzech Dosh: Vatty, Pitty i Kaphy. Każda z Dosh jest kombinacją żywiołów i związana jest z konkretnymi cechami wyglądu zewnętrznego, naszego charakteru, poziomu energii oraz trawienia.



I tak Vatta, na którą składają się żwyioły wiatr i eter, to osoba szczupła albo bardzo szczupła, o drobnych kościach, dość mocnym ogniu trawiennym (Agni) i ogromnej emocjonalności. Vatta to ruch, prędkość i energia. Taka osoba szybko podejmuje decyzje, jest energiczna i ma dobry apetyt, łatwo zmienia nastrój i wpada w gniew.

Pitta jest stworzona z ognia.  Cechami tej doshy jest średnia, silna lub atletyczna budowa ciała, pewność siebie, odwaga i ambicja. Pitta oznacza również dominację, agresję i inteligencję. Takie osoby cechuje duża dyscyplina i wymagania wobec otoczenia.

Zostaje nam Kappha. To najspokojniejsza z Dosh stworzona z dwóch żywiołów: wody i ziemi. Kapha symbolizuje regenerację i podtrzymanie. To spokój i zrelaksowanie, ogromna empatia, lojalność i rodzinność. Osoby mające nadmiar tej Doshy odznaczają się tendencją do tycia i lenistwa, ich Agni-ogień trawienny jest najsłabszy, dlatego trawienie jest dość męczące, a zamiłowanie do słodyczy zdecydowanie za duże.

Każdy z nas jest kombinacją tych trzech dosh, często z dominacją jednej lub dwóch (jeśli chcecie zrobić sobie test, podaję link na dole). Zadaniem lekarza ajurwedyskiego jest wskazanie nam drogi do osiągnięcia harmonii i wyrównania ich poziomu. Są to wskazówki dotyczące przede wszystkim stylu życia, a więc przyjmowanej wody, pokarmu, poszczenia, praktyki asan i relaksacji. I warto zauważyć, że wskazówki te nie są takie same dla wszystkich, jak w przypadku dietetyki zachodniej, tylko są różne w zależności od  kombinacji dosh w naszym ciele. I tak ilość wody, jaką powinniśmy pić, to czy jedzenie powinno być surowe, czy gotowane, z dodatkiem tłuszczów, czy bez, a jeśli tak to jakich? przyprawy, które powinniśmy stosować, ilość i wielkość posiłków oraz grupy pokarmów, które powinniśmy jeść częściej i te, które powinniśmy omijać, wszystko to dobierane jest indywidualnie i ma przywrócić równowagę w naszym ciele. A równowaga to dobre samopoczucie, szybkie trawienie, wewnętrzny spokój i radość z życia.



Do tego wszystkiego lekarz ajurwedyjski włącza zioła, które poprzez wpływ na układ trawienny i Agni, wpływają na całe ciało, przywracając równowagę trzech dosh  i zdrowie. Niektóre receptury mają tysiące lat i mają kilkanaście składników, inne są znacznie prostsze.

Moim wyrokiem okazał się nadmiar Kapphy. Ponieważ o dietę dbam z ogromnym zaangażowaniem, nie dostałam żadnych zadań w tej dziedzinie. Czerwone tabletki o pięknym zapachu, składające się z ponad 30 różnych ziół (z czego tylko jeden-imbir ma odpowiednik nazwy po polsku) miały rozwiązać problem. No cóż. Magiczne tabletki? Ile razy już to słyszałam?


Tym razem jest inaczej. Poziom energii wyraźnie wzrasta, sen się skraca, humor polepsza, skóra oczyszcza, a trawienie pierwszy raz w życiu działa jak należy. To się nazywa kompleksowe działanie! A ja się z tego wszystkiego cieszę, jak dziecko i mam ochotę podbijać świat! Tak więc oddaję ogromny szacunek całej ajurwedyjskiej spuściźnie i maszeruję na dach na poranną porcję jogi! :)



Podaję linka do testu na doshe: http://www.ajurweda.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=7&Itemid=7


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz