sobota, 27 lipca 2013

Jak mieszka biała kobieta w Indiach, czyli spanie, pranie i gotowanie :)

Pora na temat bardziej przyziemny i znacznie zabawniejszy. Życie białego człowieka w Indiach. Nie, życie białej kobiety w Indiach, tak będzie jeszcze ciekawiej.

Zacznę od tego, co mi najbliższe, czyli mojego pokoju. Coś już o nim wspominałam, ale teraz zgłębię temat tworząc przed Waszymi oczami wyraźny obraz mojego nowego życia. :)

W pokoju jest szafa i łóżko. I na tym koniec. Nie ma stołu, krzesła, ani haczyka na ręcznik. Nie ma też szafki nocnej ani lampki, przy świetle której mogłabym podumać przed snem. Jest za to wielki kanister z pitną wodą, który stoi na metalowych nóżkach. A warto zaznaczyć, że woda pitna służy nie tylko do picia, ale również do gotowania, mycia warzyw i parzenia herbaty. Tutaj uczysz się ograniczać swoje potrzeby do minimum, a do wieczornego dumania musi wystarczyć Ci światło księżyca.



W rogu pokoju są drzwi do łazienki. Całkiem plastikowe, a miały chyba imitować drewno. Malutka, brudna do granic możliwości łazienka pozwala nieśmiało sądzić, że nikt jej nigdy nie sprzątał. Tak, pył, który powstał podczas wiercenia dziury w ścianie w celu przymocowywania plastikowego drążka o nieznanym zastosowaniu oblepił szklaną narożną półeczkę i tkwi tam do dziś rozwiewając wszelkie wątpliwości.

Odkręcam prysznic. Cisza. Brak reakcji. Patrzę się chwilę, pewnie trochę głupio. Próbuję na nowo. Stosuję uniwersalną zasadę dzieci epoki komputerów : 'Wyłącz i włącz', nie działa. Chwilę jeszcze walczę, przekręcając wszystko co się tylko da przekręcić, ale woda najwyraźniej nie zamierza popłynąć niezależnie od moich starań, więc rezygnuję i postanawiam zapytać o to właścicielkę.

Kilka minut później już wszystko wiem. Sitko od prysznica jest skamieniałe, bo nikt go nigdy nie używał. Ale właścicielka uspokaja mnie, że jeszcze dzisiaj je przeczyści i jak gdyby nigdy nic odkręca je i chowa do kieszeni. Tutaj wszyscy używają tego- mówi wskazując na wiszący ze ściany półtorametrowy szlauch, którego koniec znajduje się w wielkim wiadrze. Na chwilę milknę. Potem się śmieję. Bo cóż innego może zrobić dziewczyna, która przez ostatni rok brała codziennie długą, gorącą kąpiel wypełnioną zapachem olejku migdałowego i lawendy? A więc przez następny miesiąc będę się kąpać w wiadrze. Mogę oczywiście korzystać z prysznica, o czym natychmiast informuje mnie właścicielka, ale tam leci tylko zimna woda. No dobrze.



Patrzę na wiadro, potem na warkocz tej kobiety, który ma ponad metr. Jeżeli ona daje radę, to ja też dam. I pytam z szerokim uśmiechem, jak ona myje w tym włosy. I wtedy okazuje się, że w skład zestawu do mycia wchodzi jeszcze duży kubek, którym należy nabrać wodę z wiadra i następnie polewać nim włosy. Dobrze. Niech i tak będzie. Właścicielka wychodzi. Zostaję sama. Jeszcze raz roglądam się po mojej nowej łazience. Jest wielkości dużej kabiny prysznicowej. Nad umywalką, która wymaga porządnego szorowania wisi krzywo małe lusterko w różowej plastikowej ramce. Pastylkowo różowa jest również podłoga, a firankę pokrywa masa wielkich róż. Cóż, całość jest po prostu paskudna, ale przynajmniej do tego stopnia, że wzbudza uśmiech.

Rozpakowuję się. Mam zaledwie 3 zestawy ciuchów na codzień i trochę więcej do ćwiczeń. Tych, którzy ćwiczą ashtangę raczej to nie zdziwi. A co do reszty, to wierzcie mi, to nie jest ta joga, na którą założysz tureckie portki, usiądziesz w kwiecie lotosu i zastygniesz na amen.

Walizka już opróżniona, a szafa nadal świeci pustkami. Zastanawiam się, jak to będzie przez 3 miesiące nosić na zmianę 3 stroje. Na pewno to czegoś uczy... I zastanawiam się, czy jak po tych trzech miesiącach wrócę, to czy przez pierwszy tydzień będę chodzić codziennie po sklepach, czy raczej przez pierwszy tydzień będę chodzić codziennie w tym samym.

Wsuwam walizkę pod łóżko, siadam. Nie wierzę. Aż muszę sprawdzić. Tak. Mój materac ma 4 cm grubości. Właściwie ciężko to nazwać materacem. Już wiem, że to będzie trudne. O ile wiadro i kubek są zabawne, o tyle twarde jak decha łóżko może być prawdziwym wyzwaniem. W tamtej chwili jeszcze nie miałam pojęcia, że największym problemem będzie nie samo spanie, ale przede wszystkim siedzenie. Po 5 minutach zmieniam pozycję, po 10 podkładam poduszkę, po 15 się kładę, po 20 zaczynam od nowa.

Przejdźmy do gotowania. Właścicielka prowadzi mnie na pierwsze piętro. W korytarzu stoi przenośna kuchenka gazowa z dwoma palnikami, kawalek blatu i lodówka. Nie ma natomiast: kosza na śmieci, naczyń ani zlewu. Po dwóch tygodniach odkryłam skąd czerpać naczynia i gdzie je zmywać, niestety wciąż nie odkryłam kosza na śmieci. Jak to działa? Otóż gotowanie jest tutaj grubszą akcją. Woda pitna jak już wspomniałam soi w kanistrze u mnei w pokoju. Naczynia biorę z kuchni właścicielki, na parterze, gotuję na pierwszym piętrze, zmywam z powrotem na dole, a śmieci... Śmieci różnie.
 



I teraz wyobraźcie sobie przygotowanie mojego typowego obiadu, czyli sałatki z pomidora, ogórka i cebuli, oraz ciecierzycy z duszonymi warzywami. Nie będę nawet próbować policzyć ile razy maszeruję od siebie na górę i z powrotem, zamykając za każdym razem drzwi na klucz. Ale przyznaję, satysfakcja jest. Każdy posiłek to wyzwanie. Zastanawiam się tylko, dlaczego wszystkie naczynia są metalowe. Póki co zwycięża odpowiedź mojego hiszpańskiego znajomego-szkłem nie można by było rzucać frisbee do zlewu. Coś w tym jest.



Zostaje już tylko pranie. Ale zanim do tego przejdziemy, musimy coś sobie wyjaśnić. Otóż Hindusi nie lubią zmian. To znaczy, że jeśli coś sprawdzało się przez setki lat, to nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że być może można to udoskonalić. Może brzmi banalnie, ale wierzcie mi, po 22 latach spędzonych w świecie, który kręci się głównie wokół doskonalenia, ulepszania i wymieniania na lepszy model, jest to duży szok kulturowy. Co najmniej duży. I tak, jak było sari, tak jest sari. Jak było wiadro z wodą do kąpieli, tak jest nadal.



I jak prało się na dachu na kamiennej płycie na dachu, tak pierze się na kamiennej płycie po dziś dzień. I nie, nie jest to jedynie przymusowa atrakcja dla turystów, ascetycznych joginów, którzy porzucą wygody życia, byle tylko praktykować w swojej wątpliwej świątyni. Nie. Oni też nie mają pralki. Nikt. Podobno jakiś okoliczny spryciarz kupił jedną i pierze ciuchy turystom za słoną opłatą. Pewnie na tyle słoną, że nie musi kalać się już żadną inną pracą, w końcu jest posiadaczem pralki.



Tak więc w miastach kobiety piorą na dachu, a te bogatsze zlecają to innym. Przykładowo, wypranie spodni kosztuje 20 rupii, czyli trochę ponad złotówkę. Oczywiście jak na twardą kobietę z północy przystało, postanowiłam sobie prać wszystko sama. Cóż, przyznaję. Moje wymagania dotyczące świeżości ubrań odrobinę zmalały. I już nigdy nie zapomnę użyć dezodorantu.






piątek, 26 lipca 2013

Dziesiąty dzień w Indiach... Czyli osobiste wyznania z księżycem w tle


Słyszeliście może o wpływie księżyca na ludzkie ciało i umysł? Nawet jeśli nie, to z pewnością uczyliście się o tym, jak jego przyciąganie porusza wody na całym świecie, powodując przypływy i odpływy. W takim razie nie powinno was zdziwić, że człowiek składający się w 60% z wody również może odczuwać pewne zmiany, choć znacznie subtelniejsze, pod wpływem ruchu Księżyca.

Podobno ubywanie księżyca jest procesem zmniejszania i eliminowania. Nów, czyli moment kiedy księżyc znajduje się między Słońcem a Ziemią i jest niewidoczny gołym okiem, ma charakter odnawiający i stanowi dobry moment na podejmowanie nowych wyzwań. Przybywanie księżyca oznacza natomiast akumulację, jest procesem wzrastania, wzmożonej aktywności. Najciekawsza jest jednak jego pełnia. Podobno wtedy najintensywniej odczuwamy jego siłę. Stajemy się bardziej pobudzeni, emocje biorą górę nad racjonalnym myśleniem. Wiele osób, zwłaszcza dzieci, które są znacznie lepiej zsynchronizowane z naturą, nie może spać.

Co ciekawsze wg Jogi, która jest nie tylko metodą na rozciąganie ciała, ale całym systemem filozoficznym i prastarą nauką o ludzkim ciele i duszy, istnieje coś takiego, jak punkty księżycowe. Podczas gdy mężczyzna ma tylko jeden taki punkt i znajduje się on na brodzie, kobieta ma ich aż 11. Te punkty odzwierciedlają naszą emocjonalność, zmienność nastroju i zachowań względem innych. W idealnej synchronizacji z naturą, gdzie cykl kobiecy trwa tyle samo ile cykl księżyca, każdy z tych 11 punktów powinien aktywować się na 2 i pół dnia, wpływając na kobiecie nastroje i decyzje. I tak na przykład punkt księżycowy znajdujący się po wewnętrznej stronie ud odpowiada za wydajność i wysoki poziom energii, zmysł organizacyjny i pragnienie perfekcyjnego wypełniania obowiązków, a punkt znajdujący się na piersiach wzmaga kobiece współczucie, miłosierdzie, pragnienie intymności, jak również naiwność i brak asertywności.

Nie wiem, czy to wszystko do Was trafia, ale mnie fascynuje to, jak mnisi i znachorzy sprzed tysięcy lat opisywali ludzkie ciało i umysł, nie znając pojęć współczesnej medycyny, nie mając metod badania anatomii i fizjologii, które mamy dzisiaj. Na dodatek dochodzili do podobnych wniosków w różnych częściach świata. Należy ich darzyć ogromnym szacunkiem, ponieważ ich przekazy nie raz pozwalają nam zrozumieć procesy zakwalifikowywane przez współczesnych lekarzy do rubryki cudów, zdarzeń niewytłumaczalnych. Najbardziej jednak podziwiam ich za to, że nie próbowali wszystkiego za wszelką cenę odseparowywać. Tak jak współczesna medycyna odseparowuje pracę poszczególnych narządów, w minimalnym stopniu uznaje wpływ diety i emocji na zdrowie, tak medycyna chińska czy ajurwedyjska postrzega człowieka jako całość-nie tylko samą w sobie, ale również jako element większej całości, jaką jest otaczająca go przyroda, pokarm, który przyjmuje, społeczeństwo w którym żyje, a w końcu cały układ słoneczny.

Czemu o tym wszystkim piszę? Skąd w ogóle temat księżyca?

Kiedy wyruszasz sam na drugi koniec świata, zdarzają się czasem gorsze dni. Dni wypełnione szarą samotnością, mokre od łez, wyciśniętych tęsknotą za czymś nieuchwytnym; może szczerą rozmową, może czułym gestem bliskiej osoby albo filmem obejrzanym wspólnie wieczorem, spacerem po starówce z przyjacielem.

Dostrzegam wtedy jak cenne jest to, co mam. To, co czeka na mnie w domu. Codziennie. Niezmiennie. I nigdy nie myślę o gorącej, pachnącej kąpieli, dużym wygodnym łóżku, ani nawet mojej kuchni, której w żadnym razie nie da się porównać z tą gazową kuchenką stojącą w korytarzu na pierwszym piętrze. Moje hinduskie łóżko pokryte plamami, których pochodzenia wolę nie znać, o materacu równie miękkim jak podłoga, w zupełności mi wystarcza. A kąpiel w wiadrze przy użyciu szlaucha uznałam za znacznie szybszą i wygodniejszą. Nawet kuchnię, rozbitą na trzy różne pomieszczenia, zaakceptowałam z uśmiechem dochodząc do wniosku, że rozwinie mój zmysł logistyczny. Ale są rzeczy, znacznie bardziej subtelne i niewidoczne, których nic Ci nie zastąpi.
Nasz umysł, nasze ego, nasze nastroje, wszystko to karmi się kontrastem. Wszelka nasza ocena powstaje dzięki niemu. Cieszymy się, gdy coś nam wyjdzie lepiej, smucimy, jeśli nasze efekty się pogarszają. Mamy nasz punkt odniesienia. Czasem to my sami, czasem znajomi, czasem wyniki statystyczne Europy. Nieważne. Ważna jest barwa. Tego, co było i tego co jest. Tak powstaje nasz kontrast. Dlatego z czasem przestajemy doceniać, potrzebujemy więcej, częściej, inaczej, lepiej; bo to, co niegdyś miało dla nas intensywną barwę, teraz stało się naszym bledszym punktem odniesienia. Z jednej strony to wspaniałe, rozwijające. Pragniemy iść na przód, dążymy do doskonałości. Z drugiej strony, są takie aspekty życia, które nie potrzebują ciągłych zmian; potrzebują za to naszej wytrwałej, niezmiennej wdzięczności. Potrzebują byśmy wykształcili w sobie stałą umiejętność dostrzeżenia piękna ich barwy, bez ciągłego poszukiwania kontrastu. Wymagają od nas wczucia się w ich odcień wyjęty z całej palety barw, pozbawiony czegoś bledszego i żywszego, gorszej i lepszej wersji samej siebie. Miłość jest jedną z takich rzeczy. A ze wszystkich rodzajów miłości, przede wszystkim miłość matki.

A podróż... Podróż może być takim narzędziem, które te nasze kontrasty ustawia z powrotem na zdrowe tory. Obniża barwy naszych oczekiwań o kilka porządnych tonów i na nowo pozwala się cieszyć prostymi radościami codzienności. Być może każdy z nas ma naturalną, wewnętrzną potrzebę ascetyzmu. Gdyby tak nie było, kto zdecydowałby się opuścić wygodny, ciepły dom by zmierzyć się z własnymi siłami na górskich szlakach śpiąc pod namiotem, nie raz będąc głodnym, zmęczonym, obolałym?

Pamiętam, jak wróciłam do domu po pielgrzymce do Santiago. 28 dni marszu, prawie 1000 przebytych kilometrów. Wyszłam z domu słaba, smutna, ze złamaną duszą. Wróciłam mocniejsza, bardziej poskładana. Dlaczego? Na pewno ten marsz oczyszcza umysł, pozwala spojrzeć na własne życie z dystansem rosnącym wraz z ilością przebytych kilometrów. Ale ważnym, jeśli nie najważniejszym działaniem tego marszu jest wyuczenie się na nowo czerpania radości z najprostszych rzeczy. Z odpoczynku po kilkugodzinnym marszu, z małego drzewka pośród akrów złotych pól, w którego cieniu można się skryć przed żarem , z każdego łyka wody i soczystej pomarańczy, z każdego celu osiągniętego kolejnego dnia, z każdej nowej znajomości, ciekawej rozmowy, z każdej godziny snu. Wszystko staje się wyraziste, woda nabiera cudownego smaku, chwila, w której zdejmujesz buty, a pod zmęczonymi stopami czujesz miękkość trawy i moment, kiedy zakładasz je z powrotem i wiesz, że czekają na Ciebie te wszystkie miasta i wioski, pasma górskie, nieskończone, pustynne pola pszenicy, oliwne gaje. Wszystko to nabiera barwy, każda mała czynność staje się ceremonią. Wyrazistą, soczystą barwą.

A potem wracasz do domu, a wraz z Tobą wraca trochę tej pięknej nauki. I zakochujesz się w swoim życiu na nowo.

I kiedy wczoraj zapadła noc, a na ekranie komórki pojawił się napis ‘mama’, zebrałam wszystkie siły, wzięłam głęboki wdech. Chciałam brzmieć pozytywnie. Słyszę jej głos, odpowiadam. I wiem, że ona już wie. Obie wiemy. Wszystko jest jasne. Moje gardło ściska węzeł. Węzeł wzruszenia. I słyszę ‘Poczytaj sobie jutro książkę. Przeczytałaś już wszystkie? Może Ci jakąś przysłać?’. Nie umiem opisać znaczenia tych słów. Wiem tylko, że wtedy wszystko stało się lepsze.

A łącząca nas więź znów nabrała intensywności.

I tym również jest podróżowanie. Są pałace i słonie, są lśniące, kolorowe sari i dania, których nazw nie umiesz wymówić; są ulice zatopione w chaotycznej melodii tętniącego życiem miasta, są też te niczym nie wyróżniające się uliczki, w których poukrywane się arabskie sklepiki , które wskaże Ci tylko miejscowy, pełne obłędnie pachnących ręcznie tłoczonych olejków z kwiatów lotosu,.
Ale to tylko część Twojej podróży.

Bo co najmniej jej połowa dzieje się w Twoim sercu. Oczy widzą więcej, słowa układają się mądrzej, umysł nabiera pokory, życie nabiera kontrastów, a Ty uczysz się wdzięczności. Najprostszej,  najczystszej, najpiękniejszej drogi do szczęścia.

Nie mogę zasnąć. Wychodzę na dwór. Powietrze wypełnia słodki, ciepły zapach nocy. 
Wszechobecne cykady otulają spokojną, znaną melodią. Patrzę w górę. Księżyc rozświetla czarne jak smoła niebo, jest wielki, kuszący. Przyciąga. A więc jest pełnia.

Uśmiecham się. Wszystko jest w pełnej harmonii. Nawet te łzy tęsknoty za czymś nieuchwytnym, to emocjonalne zachwianie, myśli, które ciężko ułożyć w całość i słowa, które tutaj piszę, nawet one są częścią tej wspaniałej równowagi. Tak jak radość i przyjaźń, potrzebny jest również smutek i samotność.; by przez chwilę dostrzec więcej i być może coś z tej ulotnej lekcji zapamiętać, obudzić się następnego dnia z uśmiechem wdzięczności za to co mamy i pragnieniem nowego początku, kolejnego wyzwania.


wtorek, 23 lipca 2013

Czerwone banany, olejek z kwiatów lotosu i święta krowa, czyli wszystkie kolory Indii

Budzik dzwoni o 6.15. Czuję się, jakby był środek nocy. Ledwo udaje mi się unieść jedną powiekę. Patrzę w świecący ekran komórki. Trochę z pamięci, wspomagając się rozmytym obrazem znajduję przycisk 'odrzuć'. Unoszę lewą nogę i znajduje stopą na ścianie włącznik światła. Okrutne jarzeniowe światło razi nawet zamknięte oczy. Chwilę jeszcze leżę, po czym nieśmiało otwieram oczy. Za oknem powoli świta. Na taborecie leży przyszykowany strój do ćwiczeń. Uruchamiam autopilota. Pokieruje mną dopóki umysł nie zacznie pracować jak należy. Ubieram się, myję zęby, splatam włosy w niezdarnego koka. Podchodzę do lustra potykając się o garnki na podłodze. Fluid, puder, tusz do rzęs. Tak, wiem, że to dziwne, ale lubię czuć się dobrze we własnej skórze nawet podczas zajęć ashtangi o 6.30.

Wychodzę. 47 kroków dalej wchodzę przez bramę, zdejmuję buty na jedenastym stopniu i boso wędruję przez mały przedpokoik do sali ćwiczeń. Wzrokiem wypatruję wolnego miejsca. Nie jest tak znowu tłoczno, więc znajduję je bez problemu. Rozkładam matę. Zaczynam moją serię. Czuję jak ciało nabiera elastyczności z każdym kolejnym skłonem, mięśnie powoli się rozgrzewają. Płynę. Doskonalę kolejne pozycje. Powoli, bez presji. Nigdzie mi się nie spieszy, z nikim się nie ścigam, do nikogo nie porównuję. Po prostu ćwiczę. Półtorej godziny później kładę się do relaksu i wyobrażam sobie że moje ciało rozpływa się po macie, a energia rozchodzi się równomiernie po całym ciele, aż po czubki palców. Kolejny mały cel został osiągnięty. Czuję odrobinę satysfakcji. To dobry początek.

Obracam się na bok, powoli wstaję. Zabieram matę i bez słowa wychodzę. Jak wszyscy. Przychodzisz, ćwiczysz, relaksujesz się, wychodzisz. To wszystko. Proste. I codziennie to samo, choć trochę inaczej, bo Twoje ciało podlega ciągłym zmianom. Jednym słowem-ashtanga.

Wracam do pokoju i jak na twardą kobietę z północy przystało, włączam trening Chodakowskiej, bo jednak joga to nie wszystko. Kolejne 40 minut intensywnego treningu wzbudza oczekiwaną satysfakcję.

Jest zaledwie 10.00. Biorę szybko prysznic. Wrzucam brudne ciuchy do wiadra, który służy mi również jako wanna. Zalewam płynem do prania. Ubieram się, wychodzę. Zaczynam od Santoshy-okolicznego punktu integracji wszystkich joginów z Zachodu. Na furtce nie ma żadnej informacji, zdradzającej to urocze miejsce. Wślizguję się do środka. Obchodzę dom wąskim chodniczkiem. Wejście znajduje się na tyłach. Ktoś donośnie się ze mną wita.

Łatwo poznać tu nowe osoby. Wystarczy, że znasz jedną, zaraz poznajesz jej znajomych, aż w końcu znasz już niemalże wszystkich. Nie jest nas tak znowu wiele, a każdy czuje podobny strach przed samotnością. Tak więc nie wchodzę nawet do środka. Zostaję na zewnątrz, siadam przy dużym, drewnianym stole. Jest też dziewczyna z Irlandii, ze Słowacji i kolejna Polka, jedyna w okolicy, oprócz mnie. Rozmawiamy o jodze, diecie, jedzeniu, podróżach...

Pytam, czy ktoś chce ze mną jechać do centrum, zgubić się w mieście, bez przewodnika, bez żadnych wskazówek, co trzeba zobaczyć, co jest ładne, a co niewarte uwagi. Żadna z dziewczyn nie może, robią kursy instruktorskie i mają zajęcia po południu.
Dzisiaj jestem pełna determinacji. Postanawiam jechać choćby sama. Chcę doświadczać nowych miejsc, nowych kolorów. W drodze powrotnej zaglądam do Daniela, 32-letniego Hiszpana. Mówię, że jadę do centrum, żeby się zgubić. W odpowiedzi słyszę tylko dwa słowa: 'Weź mnie.'. Uśmiecham się, choć mój uśmiech nie jest w stanie odzwierciedlić mojej radości.
Idziemy na przystanek autobusowy. Po drodze wypijamy wodę z młodego kokosa i mijamy świętą krowę, ubraną w kolorowe tkaniny i złote ozdoby.

Jedziemy. Wysiadamy w samym centrum. Nie wiemy dokąd iść. Mówię 'Zaufajmy mojej kobiecej intuicji'. Daniel się żegna, śmiejemy się i idziemy w prawo. Skręcamy w nie za dużą ulicę, pełną handlarzy. Tutaj riksze przybierają bardziej ładunkową postać. Przerobione na pięciokołowe mini ciężarówki, potrafią udźwignąć kilkaset kilo ryżu i dwóch tragarzy na szczycie.

Przemieszczamy się płynnie między rikszami, rowerami i samochodami, przechodząc od jednego stoiska do kolejnych. Jest mężczyzna, który sprzedaje same cebule i ziemniaki, i taki, który ma tylko stare kłódki. Inny specjalizuje się w ryżu, na stole prezentuje ze 20 gatunków do wyboru. Obok stoi mąka. Rozmawiamy. Dowiaduję się, że to wszystko pszenica, że najtańsza jest razowa, najdroższa ta najbielsza i najdrobniejsza. Śmieję się. Że też u nas musi być dokładnie na odwrót...



Jest też stoisko z różnymi gatunkami chili. A więc tu jest winowajca, źródło piekącego smaku każdej, choćby najsłodszej hinduskiej potrawy...

Skręcam w małą uliczkę. Śmierdzi, ale nie zniechęca mnie to. W Indiach trzeba się na to uodpornić. Tak samo jak na błoto w Twoich sandałach, dziesiątki czarnych oczu wpatrujących się bez żadnego skrępowania w Twoją bladoskórą twarz i jasne włosy, curry, chili i masalę oraz tego, że niczego nie rozumiesz, bez względu na to, czy ktoś mówi po regionalnym dialekcie, czy po angielsku. Na to wszystko jest tylko jedna rada- uśmiech.

Tak więc zgodnie z tą zasadą, czując zapach sugerujący publiczną latrynę, uśmiechamy się. Za zakrętem widzimy mężczyznę suszącego tysiące worków, służących tutaj do pakowania dosłownie wszystkiego.

Dochodzimy do większego skrzyżowania. 'Teraz Ty wybierasz kierunek'-mówię do Daniela. Rozgląda się i wskazuje bogato zdobiony budynek na wprost od nas. Patrzymy w prawo, mija nas parę motocyklistów, dochodzimy do środka jezdni. Patrzymy w lewo. Droga w miarę wolna- tylko dwie riksze i rower, a więc idziemy. Tak tutaj się chodzi. Gdybyś zamierzał doczekać momentu, kiedy nikt nie nadjeżdża z żadnej strony, prawdopodobnie nigdy nie przeszedłbyś przez ulicę.

Jesteśmy na miejscu. Tajemniczy budynek okazuje się być muzeum sztuki, za pewne mało znanym, bo w okolicy nie ma żadnych białych twarzy. Podchodzimy do kasy. Cena dla obcokrajowców jest 4 razy większa. Nikogo to nie dziwi, nikt nie próbuje tego ukryć. Wymalowana po hindusku i angielsku liczby są bezwzględne.
Ale w końcu jesteśmy w Indiach. Uśmiecham się do pani w okienku i pytam, raczej w ramach żartu, czy dla studentów jest zniżka. I oto proszę, jest! Płacimy połowę ceny, a więc tylko 2 razy więcej niż tubylcy. Wchodzimy.

Muzeum nie zachwyca. Kilka wyrobów z kości słoniowej, trochę obrazków przedstawiających historię Sri Krishny i Sudhamy. Razem próbujemy stworzyć opowieść pasującą do rysunków. W końcu obiecujemy sobie sprawdzić ją po powrocie domu w internecie.
Jest trochę pozostałości z czasów kolonizacji, dostojni brytyjscy żołnierze na koniach, porcelanowy talerz wymalowany w  aniołki, wielki, drewniany zegar stojący na delikatnych, powykręcanych nóżkach.

Najciekawsze jest jednak to, że żaden eksponat nie ma daty. Na plastikowych tabliczkach opisujących poszczególne przedmioty znajdują się najwyżej dwa słowa. I tak miedziany słoń jest po prostu miedzianym słoniem, a pudełko z kości słoniowej jest pudełkiem z kości słoniowej. Nie wiesz skąd, kiedy powstało, ani nawet do czego służyło. No cóż. Jakby tego mało, co chwila znajdujemy błędy ortograficzne w angielskich tłumaczeniach. Co robimy? Uśmiechamy się. W końcu to Indie. Bez uśmiechu zginiesz w morzu własnych pretensji.

Wychodzimy, błądzimy dalej. I właśnie wtedy spotyka nas najwspanialsza przygoda tego dnia. Trafiamy na targ. Najpierw kilka straganów okalające całe to bogactwo kolorów, zapachów i smaków. Są sprzedawcy bananów, jabłek i melonów. Są kobiety noszące kosze pomarańczy na głowach. Soczyste, tętniące granaty, na których sam widok stajesz się głodny...





Oglądamy, podziwiamy, chłoniemy atmosferę hinduskiego targu. Za zakrętem widzimy sklep ze słodyczami. Kolorowe bloki, kostki i ciastka piętrzą się pod sam sufit. Z czego są zrobione? W większości z kuskusa, cukru i masła. Oprócz tego w składzie można odkryć suszone owoce i orzechy, nierzadko również ostre przyprawy.


Dostrzegam małą, zaciemnioną uliczkę. A więc jest! Wąska, zadaszona alejka prowadzi w sam środek prawdziwego targu. Skręcam, by już kilka metrów dalej wpaść w wir setek handlarzy i kupców, targujących się rodzin, kobiet w świetlistych sari przebierających w pękach przypraw. 

Najpierw trafiamy do części z barwnikami. Sprzedawca z uśmiechem pyta się, czy wiem, co to jest. Odpowiadam, że nie. Tłumaczy mi, że po dodaniu wody barwniki zamieniają się w farby. A jeśli dodasz sok z połowy cytryny, możesz przemalować ubrania.


Dalej naszym oczom ukazują się stoiska z kadzidłami. Wszystko ręcznie robione. Jest drzewo sandało, ylang-ylang, jaśmin. Są też te o zapachu róży i kwiatu lotosu. Sprzedawca pokazuje mi kolejne, daje powąchać, opowiada, które do czego służą. Jedne wyciszają, inne pomagają w medytacji; jeszcze inne odstraszają komary. Zapewnia, że wszystkie palą się przez godzinę. Uśmiecham się, pytam, czy mogę zrobić zdjęcie. Dostaję dwa kadzidła w prezencie, na próbę. Cieszę się na myśl o zapachu lotosu wypełniającym mój mały, wilgotny pokoik.

Dalej trafiamy w aleję kwiatów. Miliony pęczków w kolorze czerwieni, różu i karminu piętrzą się i roztaczają obłędny, słodki zapach. Mężczyźni siedzący po turecku splatają z nich długie warkocze, które potem kobiety wpinają we włosy. Różnorodność kształtów, gatunków i kolorów pozwala im tworzyć przeróżne ozdoby służące później jako ofiara dla bóstw w świątyniach.


Dalej mijamy mężczyznę sprzedającego wyroby z cukru trzcinowego, handlarza olejków eterycznych i kobietę z jednym zębem oferującą zielone liście służące do żucia, których nazwy nie pamiętam. Wszyscy chcą być na zdjęciu, wszyscy się uśmiechają. Nawet kobieta z jednym zębem nie ma oporów przed radosnym uśmiechem, choć do zdjęcia decyduje się pozować z zamkniętymi ustami.


Dalej wkraczamy w krainę warzyw. Setki gatunków strączków leży w wielkich stertach na ziemi. Są ziemniaki, kalafiory i marchew, bakłażany w trzech rozmiarach i jeszcze jedne, w białe paski. Są pęki koperku i natki pietruszki, choć zupełnie innej niż ta nasza, bardziej pikantnej. Jest kapusta i szpinak. I są też setki roślin, które widzę po raz pierwszy, których nazw nie nie pamiętam albo nawet nigdy nie słyszałam, o przeróżnych zastosowaniach, smakach i kolorach.



Podchodzimy do stoiska z bananami. Są czerwone, żółte i takie malutkie, przepyszne. Rozmawiam ze sprzedawcą, czym się różnią i decyduję się spróbować czerwonego-podobno jest świetny na żołądek i mniej słodki niż żółte. Jest też znacznie droższy, 1 sztuka kosztuje 8 rupii, podczas gdy żółty zaledwie 2  (10gr). Wyobrażacie sobie kupić dziesięć pięknych, słodkich, dojrzałych bananów za złotówkę?! Na samą myśl znowu się uśmiecham.

Nie wiem nawet, ile czasu tam spędziliśmy. Lecz gdybyśmy mieli zmierzyć tą przygodę w barwach, którymi cieszyły się nasze oczy, uśmiechach skierowanych w naszą stronę, zapachach olejków pokrywających moje ręce aż po łokcie, mijanych pączków róż i kwiatów jaśminu, wyszłaby co z tego najmniej nieskończoność.




niedziela, 21 lipca 2013

Pierwsza riksza, pomarańczowy Siva i pokój za 4000

CouchSurfing jest dla mnie niezbędnym elementem podróżowania. Przez CouchSurfing dowiesz się wszystkiego o miejscu, do którego zmierzasz. Dowiesz się, że autobus, którym jedziesz z lotniska ma być zielony, a ten ze stacji Majestic ma być marki Volvo. Dowiesz się, że w Mysore, po wyjściu z autobusu masz znaleźć rikszę i zapłacić za nią 100 Rupii, a nie 200 albo 300 jak za pewne powie Ci kierowca; zwłaszcza jeśli jesteś blondynką, masz 22 lata, walizkę na kółkach i sprawiasz wrażenie najbardziej nieogarniętej osoby na świecie.

Zgodnie z poleceniem couchsurfingowego Australijczyka mieszkającego na stałe w Mysore, kieruję się w stronę rikszy. Kolejny hindus przejmuje nade mną opiekę. Pyta dokąd jadę. Pokazuję mu adres w moim bezcennym notesie (mam tam kilka ważnych telefonów, adresów, wskazówek dojazdu). Nie ma pojęcia, gdzie to jest. W ciągu ułamka sekundy schodzą się wszyscy okoliczni rikszarze. A więc jestem ja i wianek ciemnoskórych hindusów. Ich białe oczy wyraziście odznaczają się na brązowych twarzach. Wpatrują się we mnie bez wyrazu. Mój zeszyt krąży z rąk do rąk. Rozmawiają głośno. Ich język jest płynny, miękki, bełkotliwy. Nie ma w nim przystanków ani ostrych zakrętów, brak jakichkolwiek podskoków, przeciągnięć. Gęste słowa od niechcenia wylewają im się ust. Niestety angielski w ich wykonaniu brzmi tak samo. 

Któryś w końcu wie. Tłumaczy mojemu kierowcy, jak dojechać. Umawiamy się na 100 rupii. Jedziemy. Zaczyna się. Hardcore na trzech kółkach. Oglądanie ulicznego chaosu przez szybę autobusu było już nie lada wyzwaniem, ale mimo wszystko czułam się w miarę bezpiecznie. W końcu to ja byłam 'tym większym'. Pierwsza jazda rikszą to zupełnie co innego. Niby to samo, ale z punktu widzenia tego, który zaraz zginie.



Jedną ręką kurczowo trzymam walizkę, drugą-poręcz. Nie dość, że nie ma znaków, nie istnieje żadne prawo drogowe określające pierwszeństwo na skrzyżowaniach albo na rondach, przynajmniej w praktyce. Warkot silnika sugeruje, że ktoś wymontował go z blendera i postanowił odpalić na nim ten śmieszny pojazd. Riksza przepycha się energicznie między kolejnymi pojazdami. Zbliżamy się do ronda. Nikt się nie zatrzymuje, wręcz przeciwnie, panuje wszechobecny wyścig, każdy chce się tam znaleźć jako pierwszy. Lecimy na pewne zderzenie. W ostatniej chwili riksza zatrzymuje się dwa centymetry przed przeciwnikiem. Trzeba przyznać, że hamulce są solidniejsze niż silnik. Jestem jedyną osobą, na której ta sytuacja wywarła jakiekolwiek wrażenie. Toniemy w klaksonach. Wróg przejechał. Lecimy dalej. Ludzie, motocykle, rowery, riksze...krowy i cielaki, wszystko to gdzieś zmierza w tym obłędnym chaosie. Wszystko to niemalże ociera się o siebie, a jednak nikt nie zostaje ranny.



Szybko się oswajam. Uśmiecham się do siebie. Nie przeraża mnie już warkotliwy silnik, który ledwo ciągnie, ani agresywna jazda, niebezpieczna odległość wymijanych pojazdów, ostre hamowania. Dojeżdżam żywa. Wysiadam. Płacę. 

Wszędzie dookoła stoją w pełnym spokoju domki jednorodzinne. Oczywiście w niczym nie przypominają naszych. Rzadko też przypominają własnego sąsiada. Okolica w niczym nie przypomina szaleństwa  panującego w centrum. W zasięgu wzroku jest zaledwie parę osób. 

Ale przejdźmy do konkretów. Nie mam zarezerwowanego żadnego noclegu. Nie znam adresu choćby jednego hotelu. Mam numery do kilku CouchSurferów z okolicy, z czego wszyscy prócz jednego to mężczyźni-hindusi. Nie jestem pewna, czy chcę do nich dzwonić. Zresztą i tak mój telefon jest rozładowany. Przyjechałam wcześniej niż sądziłam. Dokładniej 3 godziny wcześniej. Jestem co prawda umówiona z Australijczykiem gdzieś tam (mam zapisane gdzie w moim różowym notesie z zieloną żyrafą), ale dopiero za te nieszczęsne trzy godziny. Kiedy decydowałam gdzie pojechać, jedynym miejscem, które przyszło mi do głowy była szkoła jogi, w której zamierzałam praktykować. Okryte sławą od Chiny, przez Europę, aż po Stany Zjednoczone, magiczne KPJAYI (K Pattabhi Jois Ashtanga Yoga Institute), a więc Instytut ashtanga-yogi pana Pattabhiego Joisa. Co dalej? 



Prosta, kamienna płyta przy wejściu informuje, że to tu. A więc stoję przed świątynią ashtangi z moją szaro-burą walizką na kółkach, rozładowanym telefonem i zastanawiam się co dalej. Przy furtce siedzi na murku pulchniutki hindus. Wygląda przyjaźnie. Zresztą który nie wygląda? Pyta się. Nie wiem o co, ani po jakiemu, ale w gruncie rzeczy nie ma to znaczenia, bo o co by nie pytał moja odpowiedź będzie taka sama. Mówię, że przyjechałam się zarejestrować. Odpowiada coś po hindusku-angielsku. Tym razem staram się zrozumieć. Mówi, że jest zamknięte. 'Sunday-closed. Tommorrow, three thirty.' Wstaje, podchodzi do kartki na drzwiach, pokazuje godziny rejestracji i powtarza 'Tommorrow, three thirty. Sunday closed.'. Pytam czy w takim razie mogę podładować komórkę. Uśmiecha się, 'Yes, yes.'. 



Przed wejściem każe mi zdjąć buty. Jeszcze nie wiem, że tutaj wszędzie zdejmuje się buty. Na wszystko przyjdzie pora. Posłusznie zdejmuję. Hindus wskazuje mi gniazdko. Ma 5 dziurek. No tak. Wyjmuję ładowarkę. Pierwsza próba podłączenia kończy się porażką. Nie dziwi mnie to. Hindus bierze ode mnie ładowarkę i sam ją podłącza. Obserwujemy telefon w oczekiwaniu na znak. Kiedy wydaje z siebie cichy radosny dźwięk, hindus uśmiecha się szeroko, wyglądając na szczerze zadowolonego. Siadam sobie w malutkim przedpokoju, a Hindus wraca na swój murek. Po jakimś czasie pojawia się z powrotem, pytam czy mogę skorzystać z toalety. W odpowiedzi słyszę 'yes, yes', widzę szeroki uśmiech i rękę wskazującą kierunek. 

Przemierzam salę ćwiczeń. Jest wyłożona starymi miękkimi dywanami. Na ścianie po prawej stronie jest coś co przypomina ołtarz. Hinduski ołtarz. Tak więc jest kolorowo, błyszcząco i odpustowo. Tu również wkradł się hinduski chaos. Na wysokich ścianach widać zdjęcia Pattabhiego Joisa i jego dorosłych dzieci. Na niektórych wyginają ciała w trudnych jogicznych pozycjach, na innych stoją i uśmiechają się jak zwykła rodzina.



Idę to toalety. Oczywiście papieru toaletowego nie ma. Z czasem zrozumiem, że nie ma go nigdzie oprócz drogich europejskich restauracji i sklepików z asortymentem spełniającym dziwne zachcianki turystów. Wracam do sali ćwiczeń. Chodzę sobie w tą i z powrotem. Oglądam zdjęcia. Zapoznaję się z miejscem, w którym będę praktykować w ciągu najbliższych paru długich tygodni. W końcu wraca hindus i grzecznie mnie wygania. Siadam z powrotem w przedpokoiku i o dziwo, mimo braku planu, jestem kompletnie spokojna.

Nie wiem, jak to się stało, ale kilka minut później ja i moja walizka na kółkach stałyśmy przed wyłysiałym hindusem opasanym w pomarańczowe chusty w różnych odcieniach. Resztka długich czarnych włosów zaczesanych w poprzek głowy miała imitować gęstą czuprynę. Długa, czarna broda, sięgającą prawie do pępka nadrabiała zaległości. Siva. Kolejny hindus-opiekun. Ten specjalizował się w zagubionych joginach ze wschodu. Zastanawiam się, czy jakiś wyspecjalizowany, wschodni umysł mógłby zaplanować lepiej ten cały system opieki nad turystami. Jak się potem dowiaduję, Sivę wszyscy znają. Siva dobiera pokoje, wg potrzeb i wg budżetów, wymienia pieniądze, naprawia telefony, sprzedaje materace tym, dla których te hinduskie są za twarde, by potem je odzyskać i sprzedać na nowo. Pomarańczowe szaty są zarezerwowane dla swamich-mnichów. A więc mnich-biznesmen. Zaprasza mnie na podwórze swojego domu, różowego jak pastelowy cukierek. 

Mówię, że szukam pokoju. Pyta, czego oczekuję i ile mogę wydać. Mówię, że 5000 Rupii. Przynajmniej na taką kwotę wskazywały informacje zaczerpnięte z CouchSurfingu. Kręci przecząco głową, mówi, że to niedużo. Upewnia się jeszcze kilka razy. Patrzy w niebo. Dzwoni. Hinduskie słowa ciężko płyną. Idziemy. Trzy domy dalej przed furtką stoi kobieta. A więc to do niej dzwonił. Do kobiety, która mieszka 10 metrów dalej. Pokażę Ci pokój za 5 i 10 tysięcy-mówi. Najpierw ten za 5, a jak się później okazało 4. Kobieta z włosami zasłaniającymi całe plecy otwiera drzwi. Moim oczom ukazują się 3 metry kwadratowe ascetyzmu. Małe okienko, twarde, wąskie łóżko, szafa i stolik. Wchodzę do środka, w rogu wąskie drzwi prowadzą do łazienki, brudnej, brzydkiej, malutkiej łazienki. Jest toaleta i malutka umywalka, nad nią lusterko w plastikowej, różowej ramce. Kabiny prysznicowej nie ma, jest tylko szlauch zwisający ze ściany i wiadro. Okey. 

Idziemy na górę, do tego luksusu w cenie 10 000 Rupii, który okazuje się być tym samym, tylko w większym wydaniu. Nie przepłacam, wybieram ten tańszy. W końcu jestem w Indiach, przyjechałam ćwiczyć jogę i żadne luksusy nie wchodzą w grę. Wzięłam walizkę, wciągnęłam ją do pokoiku i od razu go polubiłam. W tej chwili, czułam się przeszczęśliwa, że w ogóle mam gdzie spać. Nie tylko tej nocy, ale przez cały kolejny miesiąc. W internecie sprawdzam, ile to 4000 tysiące rupii. Niecałe 250 zł...


sobota, 20 lipca 2013

Pierwsza przygoda w Indiach

Opuszczam samolot. Kiedy docieram do ślimaków z bagażami, walizki już krążą. Wypatruję wzrokiem mojej. Jest typowa, szaro-czarna, nie za duża. Czekam. Mija 10 minut, jestem zaniepokojona.

Przed wyjazdem znajomy przestrzegł mnie, żeby zarezerwować sobie hotel w mieście, w którym wyląduje samolot, bo bagaże często się gubią. Tak jakbym w ogóle miała zamiar zarezerwować jakiś pokój... Idę na żywioł. W końcu to Indie, czysty obłęd, chaos soczystych barw i głośnych klaksonów. Ale tego jeszcze nie wiem. Jedyne o czym myślę, to moja walizka. 'Nie, na pewno się nie zgubiła. Przecież to Emirates, najbogatsze linie świata, czerwone usta, cytrynowe ręczniczki, dotykowe ekraniki...'-pocieszam się w myślach. 

Już prawie wszyscy zniknęli ze swoimi bagażami. Zastanawiam się, czy ktoś nie zabrał mojego, w końcu jest taki typowy... I obiecuję sobie, że przed następnym lotem oznaczę go w najbardziej krzykliwy, wyrazisty i neonowy sposób, jaki tylko będzie w stanie wykreować twórcza część mojej osobowości. Tak, zawsze sobie to obiecuję.

Kiedy grupka osób czekających na bagaż kurczy się do paru osób, moja walizka w końcu się pojawia. Przybywa do mnie spokojnie. Sięgam po nią, wychodzimy. A więc zaraz się zacznie. Zaraz opuszczę schludny, standaryzowany świat samolotów i lotnisk, przejdę przez ruchome, szklane drzwi i wejdę prosto w południowe Indie.

Serce zaczyna bić szybciej. Nie wiem, czego się spodziewać. Czy obskoczą mnie głodne dzieci? Czy wpadnę w wirujący tłum kolorowych sari? Czy mężczyźni, wbijając we mnie swoje dzikie spojrzenia zmuszą mnie do wybrania taksówki zamiast autobusu? Nie wiem. Wychodzę. Na zewnątrz tylko kilka autobusów, rikszarze zaczepiają, szukają potencjalnych klientów. Nie ma sari, nie ma tłumu, w oczach mężczyzn nie ma obsesji. Hindus, obok którego leciałam samolotem pokazuje mi autobus, którym muszę jechać. Czekał specjalnie, żeby mi go wskazać. W połowie drogi orientuję się, że nie wymieniłam pieniędzy. Wracam na lotnisko, wymieniam $50. Nie wiem, na ile to starczy. Nic nie wiem. Oprócz tego, którym autobusem mam jechać. 

Maszeruję z powrotem. Dochodzę do autobusu. I tu zaczyna się rzecz niezwykła. Przechodzę pod hinduską opiekę. Właśnie w tym miejscu zaczyna się coś, co później dostrzegę jeszcze wyraziściej, co stanie się regułą. Otóż, kiedy pojawia się biały człowiek, hindusi sami zadają pytania. Jak tylko znajdujesz się blisko, pytają, dokąd jedziesz. Wskazują autobus. Wsiadam, jadę. Jest elegancki, taki 'lotniskowy'. Mało osób w środku. Walizka stoi za moim fotelem. Obserwuję. Jestem jedyną białą osobą.

Wjeżdżamy do miasta, do kompletnego chaosu. Bangalur jest głównym miastem w tej okolicy. Domy wzdłuż ulic wyglądają tak, jakby przeszło tornado i urwało przednią ścianę, zamieniając ją w gruz piętrzący się wszędzie dookoła. Nikt go nie wywozi, a nawet gdyby wywoził, to pewnie nikogo na to nie stać. Tak czy inaczej, nikomu nie przeszkadza.

Mężczyźni noszą proste spodnie i tanie, bawełniane koszule. Wyglądają bardzo skromnie. Kobiety owinięte w sari, z długimi warkoczami grubości pięści, z powplątywanymi we włosy kwiatami, nadają miastu kolor. Są jak plamy żywej, kolorowej barwy, porozrzucane w tym całym bałaganie. Stanowią największą ozdobę tych biednych ulic. 

Drogi.



Klaksony. Jest ich tak dużo, że w końcu słyszysz jedną, nieprzerwaną melodię. Riksze, motocykle, miniaturki wanów, autobusy, samochody i wszystko to, czemu udało się wmontować silnik, chociażby z suszarki i doczepić koła; wszystko to razem użytkuje drogę i tonie, po prostu tonie w klaksonach. 

Najpierw nie wierzysz, że to się dzieje naprawdę. 
Potem zastanawiasz się, kiedy zginiesz. 

Pasów nie ma. Nie ma nawet rozgraniczenia między kierunkami. Wszyscy krążą, wymijają, wciskają się. Nie ma świateł. Nie ma nawet jednego znaku drogowego. Wolność, absolutna wolność. Przerażająca i kompletnie nieokiełznana. Przypomnijcie sobie kolejkę do orczyka na stoku narciarskim. Taką wielką. Tuż przy orczykach ludzie stoją w eleganckiej kolejce, ale w miejscu, gdzie kończą się barierki, stoi bezładny tłum. Tak wygląda hinduska droga. A szosa, która wygląda na dwupasmową, w tutejszym użyciu jest raczej ośmiopasmowa. 

Ale to nie koniec. Wyobraźcie sobie, że w tym całym szaleństwie, nagle, na drogę wkracza, pełna spokoju, zupełnie jakby była po środku mazowieckiej łąki, krowa. Jedna, albo dwie, czasem kilka cielaków. Myślisz, zaraz zginie. Ale nie! Wszyscy grzecznie wymijają krowę. Bo krowa jest święta. Bo w tym całym szaleństwie kierowcy zachowują znacznie większą czujność niż na Puławskiej. A krowa doskonale o tym wie, więc nie raz stoi na samym środku, macha od niechcenia ogonem i nawet w wyobraźni nie planuje się stamtąd ruszyć.



Dojeżdżam do końcowej stacji. Jestem w samym sercu miasta. Stąd mam kolejny autobus, do stacji 'Satellite'. Hindusi jak zwykle się mną opiekują. Wskazują kolejny autobus. Idę. Wszyscy się  na mnie patrzą. Tym razem jadę zwykłym miejskim, bordowym autobusem, pełnym hindusów. Jak tylko wsiadam, ruszamy. Płacę 10 rupii, pewnie koło 70gr. Mężczyźni i kobiety uśmiechają się do mnie z ulicy. Szosa już mnie tak nie przeraża.

Trzeci autobus jedzie do Mysore. Chodzą różne historie. Niektórzy mówią, że ta podróż trwa 6 godzin, przewodnik, że 2-3, w zależności od korków. Nie wiem, nie powiem Wam prawdy. Zasypiam z nogami na walizce, plecakiem pod plecami, pieniędzmi na biodrze, pod spodniami. Budzę się w Mysore.

piątek, 19 lipca 2013

Pojechałam do Indii. Wiele osób mi odradzało.Blondynka, 22 lata postanowiła jechać sama do Indii, na południe, w sam monsun. Chyba wszyscy się bali, oprócz mnie. W końcu co może się zdarzyć w krainie jogi? Zamierzałam oczywiście zachować ostrożność, ale jednocześnie czułam, że nic złego mnie tu nie spotka. W głowie słyszałam słowa jakiegoś pisarza 'kiedy inni ci czegoś odradzają, pokazują swoja własne lęki'. W końcu każda prawdziwa przygoda musi mieć przeciwników. Sam decydujesz, czy mimo wszystko podejmiesz wyzwanie. A kiedy wracasz, nagle okazujesz się zwycięzcą, zwłaszcza w oczach osób, które odradzały Ci najgorliwiej.

Wylatuję z Warszawy. Mama płacze. Prosi, żebym zmieniła zdanie. Rozdzielamy się przed prześwietlaniem bagażu. Przez chwilę mam łzy w oczach. Co ja robię?! Po co?! Myślę, że chyba oszalałam. Z drugiej strony wiem, że kiedy pójdę dalej, a przerażona mama zniknie mi z oczu, odkryję w sobie coś zupełnie innego.
Pasję podróżowania.

Szeroko otwarte oczy, aktywny umysł, czujność. To uczucie, że nie zastanawiasz się nad tym, co Cie otacza, tylko chłoniesz. Lecę najbogatszymi liniami lotniczymi na świecie. Oczywiście zupełnie przypadkowo. Mieli po prostu najtańsze bilety. W każdym rzędzie jest 8 miejsc. Przy wejściu stewardessa o czerwonych ustach wskazuje pasażerom, którym korytarzem mają się kierować. Trochę jak w kinie. Każdy pasażer ma osobny ekran, kilka kiepskich filmów do wyboru. Nie korzystam.

Siadam pomiędzy dwoma wielkimi mężczyznami. Jeden ledwo mieści się w swoim fotelu. Jak tylko znika sygnalizacja 'zapiąć pasy' stewardessy zaczynają rozdawać posiłki. Do wyboru jest kurczak i jagnięcina. Jako weganka odmawiam. Obserwuję jak mężczyzna obok mnie pochłania posiłek niemalże razem z tymi wszystkimi foliami, tackami, kartonikami i pudełkami i zastanawiam się, czy nie powinnam była oddać mu swojego. Wyciągam moje czereśnie. To pewnie moje ostatnie czereśnie w tym roku. Nie żal mi. Na pewno Indie ugoszczą mnie tysiącem nowych smaków.

Na dużym telewizorze pod sufitem wyświetla się pozycja samolotu na mapie i pozostały czas lotu. W pewnym momencie orientuję się, że się wydłuża. Czas się zmienia, lecimy w stronę słońca.

Ląduję w Dubaju. Wita mnie cieniutka warstwa wody, spływająca po wielkiej, kamiennej ścianie. Ludzie robią zdjęcia, więc pewnie jest znana. Podobno w Emiratach Arabskich woda jest droższa niż ropa. No cóż, u nas jest odwrotnie, więc ja zdjęcia nie zrobiłam. Uśmiechnęłam się za to na myśl o wielkiej fontannie ropy naftowej błyskającej wszystkimi kolorami tęczy na lotnisku Chopina.

Zaczepia mnie jakiś chłopak. Blondyn, trochę niższy ode mnie. Jest Polakiem, studiuje prawo, jeździ po świecie praktykować w różnych ambasadach. Sprawia wrażenie bardzo zadowolonego z życia, takiego bezproblemowego. On leci do Pekinu, ja do Bangaluru, dwie największe populacje na świecie. Chodzimy sobie w tą i z powrotem, zaliczamy porządny kilkukilometrowy spacer. Żartujemy, poznajemy swoje historie. Tak to jest w podróży. Dla mnie każda kolejna osoba jest jak pocztówka-kolorowa, jedyna w swoim rodzaju, pozytywna, wyrazista, powierzchowna. To czy doczytasz się więcej między wierszami, zależy od Ciebie.

Pod krzesłami śpią ludzie. Układają się wygodnie, z jednej strony zasłonięci oparciami, z drugiej-szybą ustawioną wzdłuż ruchomych pasów. Gdy tak siedzimy i rozmawiamy, jakiś hindus układa się dokładnie pod nami. Śmiejemy się. Dzień dobry. Ale prawdę mówiąc wcale nas to nie dziwi. Alternatywą jest kuszetka na pierwszym piętrze za $50 albo elegancki mini-pokoik za $28 od godziny. Z tymże 9. godzina gratis, o czym informuje nas uśmiechnięta recepcjonistka.

Po 5 krótkich godzinach mój kompan odprowadza mnie do mojej bramki, jego samolot odlatuje za 8 godzin. Podaje mi swojego maila. Ponieważ oboje jesteśmy z Warszawy, postanawiamy zobaczyć się po powrocie. On ma mi coś przywieźć z Chin, ja jemu z Indii. Kolejna bramka. Kolejne pożegnanie.

Tym razem samolot Emirates już mnie nie zaskakuje. Raczej śmieszy. Śmieszą mnie te wszystkie luksusy, wymyślone by od razu było widać że Emirates są lepsze od wszystkich innych linii lotniczych na ziemi. Stewardessy o jednakowych, karminowych ustach podają szczypcami ciepły, wilgotny, cytrynowy ręczniczek do wytarcia dłoni jeszcze przed startem. Dostajemy menu. Kolejny posiłek. Nie, dziękuję. Nie o 3h w nocy. Zasypiam. Budzą mnie czerwone usta. Proszą, żeby zapiąć pasy, zaraz lądujemy.

Indie.