Pora na temat bardziej przyziemny i znacznie zabawniejszy. Życie białego człowieka w Indiach. Nie, życie białej kobiety w Indiach, tak będzie jeszcze ciekawiej.
Zacznę od tego, co mi najbliższe, czyli mojego pokoju. Coś już o nim wspominałam, ale teraz zgłębię temat tworząc przed Waszymi oczami wyraźny obraz mojego nowego życia. :)
W pokoju jest szafa i łóżko. I na tym koniec. Nie ma stołu, krzesła, ani haczyka na ręcznik. Nie ma też szafki nocnej ani lampki, przy świetle której mogłabym podumać przed snem. Jest za to wielki kanister z pitną wodą, który stoi na metalowych nóżkach. A warto zaznaczyć, że woda pitna służy nie tylko do picia, ale również do gotowania, mycia warzyw i parzenia herbaty. Tutaj uczysz się ograniczać swoje potrzeby do minimum, a do wieczornego dumania musi wystarczyć Ci światło księżyca.
W rogu pokoju są drzwi do łazienki. Całkiem plastikowe, a miały chyba imitować drewno. Malutka, brudna do granic możliwości łazienka pozwala nieśmiało sądzić, że nikt jej nigdy nie sprzątał. Tak, pył, który powstał podczas wiercenia dziury w ścianie w celu przymocowywania plastikowego drążka o nieznanym zastosowaniu oblepił szklaną narożną półeczkę i tkwi tam do dziś rozwiewając wszelkie wątpliwości.
Odkręcam prysznic. Cisza. Brak reakcji. Patrzę się chwilę, pewnie trochę głupio. Próbuję na nowo. Stosuję uniwersalną zasadę dzieci epoki komputerów : 'Wyłącz i włącz', nie działa. Chwilę jeszcze walczę, przekręcając wszystko co się tylko da przekręcić, ale woda najwyraźniej nie zamierza popłynąć niezależnie od moich starań, więc rezygnuję i postanawiam zapytać o to właścicielkę.
Kilka minut później już wszystko wiem. Sitko od prysznica jest skamieniałe, bo nikt go nigdy nie używał. Ale właścicielka uspokaja mnie, że jeszcze dzisiaj je przeczyści i jak gdyby nigdy nic odkręca je i chowa do kieszeni. Tutaj wszyscy używają tego- mówi wskazując na wiszący ze ściany półtorametrowy szlauch, którego koniec znajduje się w wielkim wiadrze. Na chwilę milknę. Potem się śmieję. Bo cóż innego może zrobić dziewczyna, która przez ostatni rok brała codziennie długą, gorącą kąpiel wypełnioną zapachem olejku migdałowego i lawendy? A więc przez następny miesiąc będę się kąpać w wiadrze. Mogę oczywiście korzystać z prysznica, o czym natychmiast informuje mnie właścicielka, ale tam leci tylko zimna woda. No dobrze.
Patrzę na wiadro, potem na warkocz tej kobiety, który ma ponad metr. Jeżeli ona daje radę, to ja też dam. I pytam z szerokim uśmiechem, jak ona myje w tym włosy. I wtedy okazuje się, że w skład zestawu do mycia wchodzi jeszcze duży kubek, którym należy nabrać wodę z wiadra i następnie polewać nim włosy. Dobrze. Niech i tak będzie. Właścicielka wychodzi. Zostaję sama. Jeszcze raz roglądam się po mojej nowej łazience. Jest wielkości dużej kabiny prysznicowej. Nad umywalką, która wymaga porządnego szorowania wisi krzywo małe lusterko w różowej plastikowej ramce. Pastylkowo różowa jest również podłoga, a firankę pokrywa masa wielkich róż. Cóż, całość jest po prostu paskudna, ale przynajmniej do tego stopnia, że wzbudza uśmiech.
Rozpakowuję się. Mam zaledwie 3 zestawy ciuchów na codzień i trochę więcej do ćwiczeń. Tych, którzy ćwiczą ashtangę raczej to nie zdziwi. A co do reszty, to wierzcie mi, to nie jest ta joga, na którą założysz tureckie portki, usiądziesz w kwiecie lotosu i zastygniesz na amen.
Walizka już opróżniona, a szafa nadal świeci pustkami. Zastanawiam się, jak to będzie przez 3 miesiące nosić na zmianę 3 stroje. Na pewno to czegoś uczy... I zastanawiam się, czy jak po tych trzech miesiącach wrócę, to czy przez pierwszy tydzień będę chodzić codziennie po sklepach, czy raczej przez pierwszy tydzień będę chodzić codziennie w tym samym.
Wsuwam walizkę pod łóżko, siadam. Nie wierzę. Aż muszę sprawdzić. Tak. Mój materac ma 4 cm grubości. Właściwie ciężko to nazwać materacem. Już wiem, że to będzie trudne. O ile wiadro i kubek są zabawne, o tyle twarde jak decha łóżko może być prawdziwym wyzwaniem. W tamtej chwili jeszcze nie miałam pojęcia, że największym problemem będzie nie samo spanie, ale przede wszystkim siedzenie. Po 5 minutach zmieniam pozycję, po 10 podkładam poduszkę, po 15 się kładę, po 20 zaczynam od nowa.
Przejdźmy do gotowania. Właścicielka prowadzi mnie na pierwsze piętro. W korytarzu stoi przenośna kuchenka gazowa z dwoma palnikami, kawalek blatu i lodówka. Nie ma natomiast: kosza na śmieci, naczyń ani zlewu. Po dwóch tygodniach odkryłam skąd czerpać naczynia i gdzie je zmywać, niestety wciąż nie odkryłam kosza na śmieci. Jak to działa? Otóż gotowanie jest tutaj grubszą akcją. Woda pitna jak już wspomniałam soi w kanistrze u mnei w pokoju. Naczynia biorę z kuchni właścicielki, na parterze, gotuję na pierwszym piętrze, zmywam z powrotem na dole, a śmieci... Śmieci różnie.
I teraz wyobraźcie sobie przygotowanie mojego typowego obiadu, czyli sałatki z pomidora, ogórka i cebuli, oraz ciecierzycy z duszonymi warzywami. Nie będę nawet próbować policzyć ile razy maszeruję od siebie na górę i z powrotem, zamykając za każdym razem drzwi na klucz. Ale przyznaję, satysfakcja jest. Każdy posiłek to wyzwanie. Zastanawiam się tylko, dlaczego wszystkie naczynia są metalowe. Póki co zwycięża odpowiedź mojego hiszpańskiego znajomego-szkłem nie można by było rzucać frisbee do zlewu. Coś w tym jest.
Zostaje już tylko pranie. Ale zanim do tego przejdziemy, musimy coś sobie wyjaśnić. Otóż Hindusi nie lubią zmian. To znaczy, że jeśli coś sprawdzało się przez setki lat, to nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że być może można to udoskonalić. Może brzmi banalnie, ale wierzcie mi, po 22 latach spędzonych w świecie, który kręci się głównie wokół doskonalenia, ulepszania i wymieniania na lepszy model, jest to duży szok kulturowy. Co najmniej duży. I tak, jak było sari, tak jest sari. Jak było wiadro z wodą do kąpieli, tak jest nadal.
I jak prało się na dachu na kamiennej płycie na dachu, tak pierze się na kamiennej płycie po dziś dzień. I nie, nie jest to jedynie przymusowa atrakcja dla turystów, ascetycznych joginów, którzy porzucą wygody życia, byle tylko praktykować w swojej wątpliwej świątyni. Nie. Oni też nie mają pralki. Nikt. Podobno jakiś okoliczny spryciarz kupił jedną i pierze ciuchy turystom za słoną opłatą. Pewnie na tyle słoną, że nie musi kalać się już żadną inną pracą, w końcu jest posiadaczem pralki.
Tak więc w miastach kobiety piorą na dachu, a te bogatsze zlecają to innym. Przykładowo, wypranie spodni kosztuje 20 rupii, czyli trochę ponad złotówkę. Oczywiście jak na twardą kobietę z północy przystało, postanowiłam sobie prać wszystko sama. Cóż, przyznaję. Moje wymagania dotyczące świeżości ubrań odrobinę zmalały. I już nigdy nie zapomnę użyć dezodorantu.
Zacznę od tego, co mi najbliższe, czyli mojego pokoju. Coś już o nim wspominałam, ale teraz zgłębię temat tworząc przed Waszymi oczami wyraźny obraz mojego nowego życia. :)
W pokoju jest szafa i łóżko. I na tym koniec. Nie ma stołu, krzesła, ani haczyka na ręcznik. Nie ma też szafki nocnej ani lampki, przy świetle której mogłabym podumać przed snem. Jest za to wielki kanister z pitną wodą, który stoi na metalowych nóżkach. A warto zaznaczyć, że woda pitna służy nie tylko do picia, ale również do gotowania, mycia warzyw i parzenia herbaty. Tutaj uczysz się ograniczać swoje potrzeby do minimum, a do wieczornego dumania musi wystarczyć Ci światło księżyca.
W rogu pokoju są drzwi do łazienki. Całkiem plastikowe, a miały chyba imitować drewno. Malutka, brudna do granic możliwości łazienka pozwala nieśmiało sądzić, że nikt jej nigdy nie sprzątał. Tak, pył, który powstał podczas wiercenia dziury w ścianie w celu przymocowywania plastikowego drążka o nieznanym zastosowaniu oblepił szklaną narożną półeczkę i tkwi tam do dziś rozwiewając wszelkie wątpliwości.
Odkręcam prysznic. Cisza. Brak reakcji. Patrzę się chwilę, pewnie trochę głupio. Próbuję na nowo. Stosuję uniwersalną zasadę dzieci epoki komputerów : 'Wyłącz i włącz', nie działa. Chwilę jeszcze walczę, przekręcając wszystko co się tylko da przekręcić, ale woda najwyraźniej nie zamierza popłynąć niezależnie od moich starań, więc rezygnuję i postanawiam zapytać o to właścicielkę.
Kilka minut później już wszystko wiem. Sitko od prysznica jest skamieniałe, bo nikt go nigdy nie używał. Ale właścicielka uspokaja mnie, że jeszcze dzisiaj je przeczyści i jak gdyby nigdy nic odkręca je i chowa do kieszeni. Tutaj wszyscy używają tego- mówi wskazując na wiszący ze ściany półtorametrowy szlauch, którego koniec znajduje się w wielkim wiadrze. Na chwilę milknę. Potem się śmieję. Bo cóż innego może zrobić dziewczyna, która przez ostatni rok brała codziennie długą, gorącą kąpiel wypełnioną zapachem olejku migdałowego i lawendy? A więc przez następny miesiąc będę się kąpać w wiadrze. Mogę oczywiście korzystać z prysznica, o czym natychmiast informuje mnie właścicielka, ale tam leci tylko zimna woda. No dobrze.
Patrzę na wiadro, potem na warkocz tej kobiety, który ma ponad metr. Jeżeli ona daje radę, to ja też dam. I pytam z szerokim uśmiechem, jak ona myje w tym włosy. I wtedy okazuje się, że w skład zestawu do mycia wchodzi jeszcze duży kubek, którym należy nabrać wodę z wiadra i następnie polewać nim włosy. Dobrze. Niech i tak będzie. Właścicielka wychodzi. Zostaję sama. Jeszcze raz roglądam się po mojej nowej łazience. Jest wielkości dużej kabiny prysznicowej. Nad umywalką, która wymaga porządnego szorowania wisi krzywo małe lusterko w różowej plastikowej ramce. Pastylkowo różowa jest również podłoga, a firankę pokrywa masa wielkich róż. Cóż, całość jest po prostu paskudna, ale przynajmniej do tego stopnia, że wzbudza uśmiech.
Rozpakowuję się. Mam zaledwie 3 zestawy ciuchów na codzień i trochę więcej do ćwiczeń. Tych, którzy ćwiczą ashtangę raczej to nie zdziwi. A co do reszty, to wierzcie mi, to nie jest ta joga, na którą założysz tureckie portki, usiądziesz w kwiecie lotosu i zastygniesz na amen.
Walizka już opróżniona, a szafa nadal świeci pustkami. Zastanawiam się, jak to będzie przez 3 miesiące nosić na zmianę 3 stroje. Na pewno to czegoś uczy... I zastanawiam się, czy jak po tych trzech miesiącach wrócę, to czy przez pierwszy tydzień będę chodzić codziennie po sklepach, czy raczej przez pierwszy tydzień będę chodzić codziennie w tym samym.
Wsuwam walizkę pod łóżko, siadam. Nie wierzę. Aż muszę sprawdzić. Tak. Mój materac ma 4 cm grubości. Właściwie ciężko to nazwać materacem. Już wiem, że to będzie trudne. O ile wiadro i kubek są zabawne, o tyle twarde jak decha łóżko może być prawdziwym wyzwaniem. W tamtej chwili jeszcze nie miałam pojęcia, że największym problemem będzie nie samo spanie, ale przede wszystkim siedzenie. Po 5 minutach zmieniam pozycję, po 10 podkładam poduszkę, po 15 się kładę, po 20 zaczynam od nowa.
Przejdźmy do gotowania. Właścicielka prowadzi mnie na pierwsze piętro. W korytarzu stoi przenośna kuchenka gazowa z dwoma palnikami, kawalek blatu i lodówka. Nie ma natomiast: kosza na śmieci, naczyń ani zlewu. Po dwóch tygodniach odkryłam skąd czerpać naczynia i gdzie je zmywać, niestety wciąż nie odkryłam kosza na śmieci. Jak to działa? Otóż gotowanie jest tutaj grubszą akcją. Woda pitna jak już wspomniałam soi w kanistrze u mnei w pokoju. Naczynia biorę z kuchni właścicielki, na parterze, gotuję na pierwszym piętrze, zmywam z powrotem na dole, a śmieci... Śmieci różnie.
I teraz wyobraźcie sobie przygotowanie mojego typowego obiadu, czyli sałatki z pomidora, ogórka i cebuli, oraz ciecierzycy z duszonymi warzywami. Nie będę nawet próbować policzyć ile razy maszeruję od siebie na górę i z powrotem, zamykając za każdym razem drzwi na klucz. Ale przyznaję, satysfakcja jest. Każdy posiłek to wyzwanie. Zastanawiam się tylko, dlaczego wszystkie naczynia są metalowe. Póki co zwycięża odpowiedź mojego hiszpańskiego znajomego-szkłem nie można by było rzucać frisbee do zlewu. Coś w tym jest.
Zostaje już tylko pranie. Ale zanim do tego przejdziemy, musimy coś sobie wyjaśnić. Otóż Hindusi nie lubią zmian. To znaczy, że jeśli coś sprawdzało się przez setki lat, to nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że być może można to udoskonalić. Może brzmi banalnie, ale wierzcie mi, po 22 latach spędzonych w świecie, który kręci się głównie wokół doskonalenia, ulepszania i wymieniania na lepszy model, jest to duży szok kulturowy. Co najmniej duży. I tak, jak było sari, tak jest sari. Jak było wiadro z wodą do kąpieli, tak jest nadal.
I jak prało się na dachu na kamiennej płycie na dachu, tak pierze się na kamiennej płycie po dziś dzień. I nie, nie jest to jedynie przymusowa atrakcja dla turystów, ascetycznych joginów, którzy porzucą wygody życia, byle tylko praktykować w swojej wątpliwej świątyni. Nie. Oni też nie mają pralki. Nikt. Podobno jakiś okoliczny spryciarz kupił jedną i pierze ciuchy turystom za słoną opłatą. Pewnie na tyle słoną, że nie musi kalać się już żadną inną pracą, w końcu jest posiadaczem pralki.
Tak więc w miastach kobiety piorą na dachu, a te bogatsze zlecają to innym. Przykładowo, wypranie spodni kosztuje 20 rupii, czyli trochę ponad złotówkę. Oczywiście jak na twardą kobietę z północy przystało, postanowiłam sobie prać wszystko sama. Cóż, przyznaję. Moje wymagania dotyczące świeżości ubrań odrobinę zmalały. I już nigdy nie zapomnę użyć dezodorantu.







