piątek, 19 lipca 2013

Pojechałam do Indii. Wiele osób mi odradzało.Blondynka, 22 lata postanowiła jechać sama do Indii, na południe, w sam monsun. Chyba wszyscy się bali, oprócz mnie. W końcu co może się zdarzyć w krainie jogi? Zamierzałam oczywiście zachować ostrożność, ale jednocześnie czułam, że nic złego mnie tu nie spotka. W głowie słyszałam słowa jakiegoś pisarza 'kiedy inni ci czegoś odradzają, pokazują swoja własne lęki'. W końcu każda prawdziwa przygoda musi mieć przeciwników. Sam decydujesz, czy mimo wszystko podejmiesz wyzwanie. A kiedy wracasz, nagle okazujesz się zwycięzcą, zwłaszcza w oczach osób, które odradzały Ci najgorliwiej.

Wylatuję z Warszawy. Mama płacze. Prosi, żebym zmieniła zdanie. Rozdzielamy się przed prześwietlaniem bagażu. Przez chwilę mam łzy w oczach. Co ja robię?! Po co?! Myślę, że chyba oszalałam. Z drugiej strony wiem, że kiedy pójdę dalej, a przerażona mama zniknie mi z oczu, odkryję w sobie coś zupełnie innego.
Pasję podróżowania.

Szeroko otwarte oczy, aktywny umysł, czujność. To uczucie, że nie zastanawiasz się nad tym, co Cie otacza, tylko chłoniesz. Lecę najbogatszymi liniami lotniczymi na świecie. Oczywiście zupełnie przypadkowo. Mieli po prostu najtańsze bilety. W każdym rzędzie jest 8 miejsc. Przy wejściu stewardessa o czerwonych ustach wskazuje pasażerom, którym korytarzem mają się kierować. Trochę jak w kinie. Każdy pasażer ma osobny ekran, kilka kiepskich filmów do wyboru. Nie korzystam.

Siadam pomiędzy dwoma wielkimi mężczyznami. Jeden ledwo mieści się w swoim fotelu. Jak tylko znika sygnalizacja 'zapiąć pasy' stewardessy zaczynają rozdawać posiłki. Do wyboru jest kurczak i jagnięcina. Jako weganka odmawiam. Obserwuję jak mężczyzna obok mnie pochłania posiłek niemalże razem z tymi wszystkimi foliami, tackami, kartonikami i pudełkami i zastanawiam się, czy nie powinnam była oddać mu swojego. Wyciągam moje czereśnie. To pewnie moje ostatnie czereśnie w tym roku. Nie żal mi. Na pewno Indie ugoszczą mnie tysiącem nowych smaków.

Na dużym telewizorze pod sufitem wyświetla się pozycja samolotu na mapie i pozostały czas lotu. W pewnym momencie orientuję się, że się wydłuża. Czas się zmienia, lecimy w stronę słońca.

Ląduję w Dubaju. Wita mnie cieniutka warstwa wody, spływająca po wielkiej, kamiennej ścianie. Ludzie robią zdjęcia, więc pewnie jest znana. Podobno w Emiratach Arabskich woda jest droższa niż ropa. No cóż, u nas jest odwrotnie, więc ja zdjęcia nie zrobiłam. Uśmiechnęłam się za to na myśl o wielkiej fontannie ropy naftowej błyskającej wszystkimi kolorami tęczy na lotnisku Chopina.

Zaczepia mnie jakiś chłopak. Blondyn, trochę niższy ode mnie. Jest Polakiem, studiuje prawo, jeździ po świecie praktykować w różnych ambasadach. Sprawia wrażenie bardzo zadowolonego z życia, takiego bezproblemowego. On leci do Pekinu, ja do Bangaluru, dwie największe populacje na świecie. Chodzimy sobie w tą i z powrotem, zaliczamy porządny kilkukilometrowy spacer. Żartujemy, poznajemy swoje historie. Tak to jest w podróży. Dla mnie każda kolejna osoba jest jak pocztówka-kolorowa, jedyna w swoim rodzaju, pozytywna, wyrazista, powierzchowna. To czy doczytasz się więcej między wierszami, zależy od Ciebie.

Pod krzesłami śpią ludzie. Układają się wygodnie, z jednej strony zasłonięci oparciami, z drugiej-szybą ustawioną wzdłuż ruchomych pasów. Gdy tak siedzimy i rozmawiamy, jakiś hindus układa się dokładnie pod nami. Śmiejemy się. Dzień dobry. Ale prawdę mówiąc wcale nas to nie dziwi. Alternatywą jest kuszetka na pierwszym piętrze za $50 albo elegancki mini-pokoik za $28 od godziny. Z tymże 9. godzina gratis, o czym informuje nas uśmiechnięta recepcjonistka.

Po 5 krótkich godzinach mój kompan odprowadza mnie do mojej bramki, jego samolot odlatuje za 8 godzin. Podaje mi swojego maila. Ponieważ oboje jesteśmy z Warszawy, postanawiamy zobaczyć się po powrocie. On ma mi coś przywieźć z Chin, ja jemu z Indii. Kolejna bramka. Kolejne pożegnanie.

Tym razem samolot Emirates już mnie nie zaskakuje. Raczej śmieszy. Śmieszą mnie te wszystkie luksusy, wymyślone by od razu było widać że Emirates są lepsze od wszystkich innych linii lotniczych na ziemi. Stewardessy o jednakowych, karminowych ustach podają szczypcami ciepły, wilgotny, cytrynowy ręczniczek do wytarcia dłoni jeszcze przed startem. Dostajemy menu. Kolejny posiłek. Nie, dziękuję. Nie o 3h w nocy. Zasypiam. Budzą mnie czerwone usta. Proszą, żeby zapiąć pasy, zaraz lądujemy.

Indie. 

4 komentarze:

  1. Bardzo ładnie piszesz. Ale nie rozumiem skąd w Tobie tyle pogardy i obrzydzenia do innych ludzi.. Może im też uda się kiedyś dotrzeć tam gdzie Tobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. Napisałam ten tekst i sama się zaczęłam nad tym zastanawiać. Myślę, że trzeba go będzie zmienić.

      Usuń
    2. Poprawione :) lepsze. Dzięki za wskazówkę.

      Usuń
  2. Podziwiam odwagę. Zacząć życie tak jakby od nowa, zostawić wszystko za sobą. Nie każdego na to stać :) mnie jeszcze nie, choć również o tym myslę.

    OdpowiedzUsuń