niedziela, 4 sierpnia 2013

Pedicure po hindusku, czyli kompletna katastrofa :)



Postanowiłam zaszaleć, trochę o siebie zadbać w tym ciężkim świecie. Tak więc po porannym praniu na kamieniu (doskonalę się, mam już nie tylko płyn do prania, ale również odplamiacz i wybielacz) zapisałam się na pedicure do ekskluzywnego salonu kosmetycznego, który odkryłam zupełnie przypadkiem kilka dni temu.
 
Jestem na miejscu. Mam złe przeczucie, ale co tam, zobaczymy. Przychodzi kosmetyczka, zaprasza mnie na fotel, prosi, żebym włożyła stopy do pojemnika z wodą. Parzy, jak diabli. Pierwszy minus. No nic, odkręca zimną wodę, czekamy. W międzyczasie zmywa lakier z jednej stopy i zabiera się za skracanie paznokci. Pilniczek co chwila jej wypada. Wygląda, jakby robiła to pierwszy raz w życiu.  Kiedy proszę, żeby je skróciła, sięga po cążki. Są malutkie, całe różowe, z rysunkami zwierzątek. Hmm… Zabiera się do pracy. Powolutku, powolutku. Idzie jak krew z nosa. Patrzę w kolorowe czasopismo, próbuję się odprężyć i cieszyć z tego małego luksusu, na który sobie pozwoliłam. I nagle ciach, patrzę na stopę i okazuje się, że pani kosmetyczka postanowiła przeciąć czwarty paznokieć w poprzek. Nic poważnego, nie ma krwi, jest tylko trochę naderwany. Nie wiem jak jej się to udało tymi małymi, różowymi cążkami w dinozaury, ale wstaję i mówię, że dziękuję, że już mi chyba tego luksusu wystarczy. Kobieta przerażona, że zaraz ją wywalą, ja nie wiem, co zrobić, głupio mi, ale boję się, że jak dojdzie do wycinania skórek, to zostanę bez palca. Wychodzę, tłumaczę w recepcji, że przykro mi, ale ta pani chyba nie za bardzo się na tym zna, pokazuję naderwany paznokieć. Właścicielka wzdycha ze zrozumieniem, nalega, żebym pozwoliła to ‘naprawić’, cokolwiek to znaczy, ale odmawiam. W końcu miałam sobie zrobić prezent, a wyjdzie z tego jakaś masakra z różowymi dinozaurami w tle.

Wychodzę i wracam do domu, z jedną stopą pomalowaną, a drugą już zmytą. Głupio się czuję, ale szybko się orientuję, że najprawdopodobniej nawet gdybym nie miała stopy, nikt by tu tego nie zauważył, bo jednak wszyscy bez żadnego pardonu wlepiają wzrok w moją twarz i włosy.

Cóż. Nie przejmując się dłużej swoją asymetrycznością, wracam do pokoiku i robię sobie full profesjonalny pedicure. Zajmuje mi to godzinę, ale efekt jest co najmniej tak dobry jak po wizycie w salonie Opi.

A obcinacz do paznokci w dinozaury niesie ze sobą znacznie większe przesłanie niż mogłoby się wydawać. Bo widzicie, to było tak. Znalazł się jakiś inwestor z wizją, który  co ś tam widział. Może w Europie, może w Stanach, może na filmie. Tego nie wiem. Ale wiem, że chciał stworzyć taki ładny salon urody, wiecie, w kolorach ziemi, z profesjonalnymi fotelami, szklanymi, podświetlanymi od środka ścianami, lśniącą podłogą z gresu i muzyką relaksacyjną w tle. No i naprawdę mu wyszło. A potem zatrudnił kosmetyczki i tu wychodzą Indie. A wraz z Indiami różowe pudełko w pieski i kotki z różowym kremem w środku (No i co ja mogę myśleć o tym kremie?? Każda kobieta to zrozumie…), obcinacz w dinozaury… No i umiejętności chyba z youtube’a… No i klientka, która ucieka z jedną zmalowaną stopą, bo jej pedicure okazał się być katastrofą!

Ale skoro jesteśmy w Indiach, uśmiechamy się do tego, co miłe i uśmiechamy się do tego, co gorsze. 

Uśmiechamy się zawsze.  Koniec kropka. I to chyba jedna z najpiękniejszych umiejętności, którą można w sobie wykształcić. Umiejętność, bez której życie byłoby potwornie ciężkostrawne. Umiejętność, którą warto rozwijać nie tylko w Indiach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz