Postanowiłam zaszaleć, trochę o siebie zadbać w tym ciężkim
świecie. Tak więc po porannym praniu na kamieniu (doskonalę się, mam już nie
tylko płyn do prania, ale również odplamiacz i wybielacz) zapisałam się na
pedicure do ekskluzywnego salonu kosmetycznego, który odkryłam zupełnie
przypadkiem kilka dni temu.
Jestem na miejscu. Mam złe przeczucie, ale co tam,
zobaczymy. Przychodzi kosmetyczka, zaprasza mnie na fotel, prosi, żebym włożyła
stopy do pojemnika z wodą. Parzy, jak diabli. Pierwszy minus. No nic, odkręca
zimną wodę, czekamy. W międzyczasie zmywa lakier z jednej stopy i zabiera się
za skracanie paznokci. Pilniczek co chwila jej wypada. Wygląda, jakby robiła to
pierwszy raz w życiu. Kiedy proszę, żeby
je skróciła, sięga po cążki. Są malutkie, całe różowe, z rysunkami zwierzątek. Hmm…
Zabiera się do pracy. Powolutku, powolutku. Idzie jak krew z nosa. Patrzę w
kolorowe czasopismo, próbuję się odprężyć i cieszyć z tego małego luksusu, na
który sobie pozwoliłam. I nagle ciach, patrzę na stopę i okazuje się, że pani
kosmetyczka postanowiła przeciąć czwarty paznokieć w poprzek. Nic poważnego,
nie ma krwi, jest tylko trochę naderwany. Nie wiem jak jej się to udało tymi
małymi, różowymi cążkami w dinozaury, ale wstaję i mówię, że dziękuję, że już
mi chyba tego luksusu wystarczy. Kobieta przerażona, że zaraz ją wywalą, ja nie
wiem, co zrobić, głupio mi, ale boję się, że jak dojdzie do wycinania skórek,
to zostanę bez palca. Wychodzę, tłumaczę w recepcji, że przykro mi, ale ta pani
chyba nie za bardzo się na tym zna, pokazuję naderwany paznokieć. Właścicielka
wzdycha ze zrozumieniem, nalega, żebym pozwoliła to ‘naprawić’, cokolwiek to
znaczy, ale odmawiam. W końcu miałam sobie zrobić prezent, a wyjdzie z tego
jakaś masakra z różowymi dinozaurami w tle.
Wychodzę i wracam do domu, z jedną stopą pomalowaną, a drugą
już zmytą. Głupio się czuję, ale szybko się orientuję, że najprawdopodobniej
nawet gdybym nie miała stopy, nikt by tu tego nie zauważył, bo jednak wszyscy
bez żadnego pardonu wlepiają wzrok w moją twarz i włosy.
Cóż. Nie przejmując się dłużej swoją asymetrycznością,
wracam do pokoiku i robię sobie full profesjonalny pedicure. Zajmuje mi to
godzinę, ale efekt jest co najmniej tak dobry jak po wizycie w salonie Opi.
A obcinacz do paznokci w dinozaury niesie ze sobą znacznie
większe przesłanie niż mogłoby się wydawać. Bo widzicie, to było tak. Znalazł
się jakiś inwestor z wizją, który co ś
tam widział. Może w Europie, może w Stanach, może na filmie. Tego nie wiem. Ale
wiem, że chciał stworzyć taki ładny salon urody, wiecie, w kolorach ziemi, z
profesjonalnymi fotelami, szklanymi, podświetlanymi od środka ścianami, lśniącą
podłogą z gresu i muzyką relaksacyjną w tle. No i naprawdę mu wyszło. A potem
zatrudnił kosmetyczki i tu wychodzą Indie. A wraz z Indiami różowe pudełko w
pieski i kotki z różowym kremem w środku (No i co ja mogę myśleć o tym kremie??
Każda kobieta to zrozumie…), obcinacz w dinozaury… No i umiejętności chyba z
youtube’a… No i klientka, która ucieka z jedną zmalowaną stopą, bo jej pedicure
okazał się być katastrofą!
Ale skoro jesteśmy w Indiach, uśmiechamy się do tego, co
miłe i uśmiechamy się do tego, co gorsze.
Uśmiechamy się zawsze. Koniec kropka. I to chyba jedna z najpiękniejszych
umiejętności, którą można w sobie wykształcić. Umiejętność, bez której życie
byłoby potwornie ciężkostrawne. Umiejętność, którą warto rozwijać nie tylko w
Indiach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz