Opuszczam samolot. Kiedy docieram do ślimaków z bagażami, walizki już krążą. Wypatruję wzrokiem mojej. Jest typowa, szaro-czarna, nie za duża. Czekam. Mija 10 minut, jestem zaniepokojona.
Przed wyjazdem znajomy przestrzegł mnie, żeby zarezerwować sobie hotel w mieście, w którym wyląduje samolot, bo bagaże często się gubią. Tak jakbym w ogóle miała zamiar zarezerwować jakiś pokój... Idę na żywioł. W końcu to Indie, czysty obłęd, chaos soczystych barw i głośnych klaksonów. Ale tego jeszcze nie wiem. Jedyne o czym myślę, to moja walizka. 'Nie, na pewno się nie zgubiła. Przecież to Emirates, najbogatsze linie świata, czerwone usta, cytrynowe ręczniczki, dotykowe ekraniki...'-pocieszam się w myślach.
Już prawie wszyscy zniknęli ze swoimi bagażami. Zastanawiam się, czy ktoś nie zabrał mojego, w końcu jest taki typowy... I obiecuję sobie, że przed następnym lotem oznaczę go w najbardziej krzykliwy, wyrazisty i neonowy sposób, jaki tylko będzie w stanie wykreować twórcza część mojej osobowości. Tak, zawsze sobie to obiecuję.
Kiedy grupka osób czekających na bagaż kurczy się do paru osób, moja walizka w końcu się pojawia. Przybywa do mnie spokojnie. Sięgam po nią, wychodzimy. A więc zaraz się zacznie. Zaraz opuszczę schludny, standaryzowany świat samolotów i lotnisk, przejdę przez ruchome, szklane drzwi i wejdę prosto w południowe Indie.
Serce zaczyna bić szybciej. Nie wiem, czego się spodziewać. Czy obskoczą mnie głodne dzieci? Czy wpadnę w wirujący tłum kolorowych sari? Czy mężczyźni, wbijając we mnie swoje dzikie spojrzenia zmuszą mnie do wybrania taksówki zamiast autobusu? Nie wiem. Wychodzę. Na zewnątrz tylko kilka autobusów, rikszarze zaczepiają, szukają potencjalnych klientów. Nie ma sari, nie ma tłumu, w oczach mężczyzn nie ma obsesji. Hindus, obok którego leciałam samolotem pokazuje mi autobus, którym muszę jechać. Czekał specjalnie, żeby mi go wskazać. W połowie drogi orientuję się, że nie wymieniłam pieniędzy. Wracam na lotnisko, wymieniam $50. Nie wiem, na ile to starczy. Nic nie wiem. Oprócz tego, którym autobusem mam jechać.
Maszeruję z powrotem. Dochodzę do autobusu. I tu zaczyna się rzecz niezwykła. Przechodzę pod hinduską opiekę. Właśnie w tym miejscu zaczyna się coś, co później dostrzegę jeszcze wyraziściej, co stanie się regułą. Otóż, kiedy pojawia się biały człowiek, hindusi sami zadają pytania. Jak tylko znajdujesz się blisko, pytają, dokąd jedziesz. Wskazują autobus. Wsiadam, jadę. Jest elegancki, taki 'lotniskowy'. Mało osób w środku. Walizka stoi za moim fotelem. Obserwuję. Jestem jedyną białą osobą.
Wjeżdżamy do miasta, do kompletnego chaosu. Bangalur jest głównym miastem w tej okolicy. Domy wzdłuż ulic wyglądają tak, jakby przeszło tornado i urwało przednią ścianę, zamieniając ją w gruz piętrzący się wszędzie dookoła. Nikt go nie wywozi, a nawet gdyby wywoził, to pewnie nikogo na to nie stać. Tak czy inaczej, nikomu nie przeszkadza.
Mężczyźni noszą proste spodnie i tanie, bawełniane koszule. Wyglądają bardzo skromnie. Kobiety owinięte w sari, z długimi warkoczami grubości pięści, z powplątywanymi we włosy kwiatami, nadają miastu kolor. Są jak plamy żywej, kolorowej barwy, porozrzucane w tym całym bałaganie. Stanowią największą ozdobę tych biednych ulic.
Klaksony. Jest ich tak dużo, że w końcu słyszysz jedną, nieprzerwaną melodię. Riksze, motocykle, miniaturki wanów, autobusy, samochody i wszystko to, czemu udało się wmontować silnik, chociażby z suszarki i doczepić koła; wszystko to razem użytkuje drogę i tonie, po prostu tonie w klaksonach.
Najpierw nie wierzysz, że to się dzieje naprawdę.
Potem zastanawiasz się, kiedy zginiesz.
Pasów nie ma. Nie ma nawet rozgraniczenia między kierunkami. Wszyscy krążą, wymijają, wciskają się. Nie ma świateł. Nie ma nawet jednego znaku drogowego. Wolność, absolutna wolność. Przerażająca i kompletnie nieokiełznana. Przypomnijcie sobie kolejkę do orczyka na stoku narciarskim. Taką wielką. Tuż przy orczykach ludzie stoją w eleganckiej kolejce, ale w miejscu, gdzie kończą się barierki, stoi bezładny tłum. Tak wygląda hinduska droga. A szosa, która wygląda na dwupasmową, w tutejszym użyciu jest raczej ośmiopasmowa.
Ale to nie koniec. Wyobraźcie sobie, że w tym całym szaleństwie, nagle, na drogę wkracza, pełna spokoju, zupełnie jakby była po środku mazowieckiej łąki, krowa. Jedna, albo dwie, czasem kilka cielaków. Myślisz, zaraz zginie. Ale nie! Wszyscy grzecznie wymijają krowę. Bo krowa jest święta. Bo w tym całym szaleństwie kierowcy zachowują znacznie większą czujność niż na Puławskiej. A krowa doskonale o tym wie, więc nie raz stoi na samym środku, macha od niechcenia ogonem i nawet w wyobraźni nie planuje się stamtąd ruszyć.
Dojeżdżam do końcowej stacji. Jestem w samym sercu miasta. Stąd mam kolejny autobus, do stacji 'Satellite'. Hindusi jak zwykle się mną opiekują. Wskazują kolejny autobus. Idę. Wszyscy się na mnie patrzą. Tym razem jadę zwykłym miejskim, bordowym autobusem, pełnym hindusów. Jak tylko wsiadam, ruszamy. Płacę 10 rupii, pewnie koło 70gr. Mężczyźni i kobiety uśmiechają się do mnie z ulicy. Szosa już mnie tak nie przeraża.
Trzeci autobus jedzie do Mysore. Chodzą różne historie. Niektórzy mówią, że ta podróż trwa 6 godzin, przewodnik, że 2-3, w zależności od korków. Nie wiem, nie powiem Wam prawdy. Zasypiam z nogami na walizce, plecakiem pod plecami, pieniędzmi na biodrze, pod spodniami. Budzę się w Mysore.


Zajrzałam tu przez totalny przypadek. Moja znajoma polubiła Twój post na fb. A mnie coś tknęło i otworzyłam.
OdpowiedzUsuńPowiem tak bardzo fajne piszesz. Z taką lekkością, która przyjemnie otacza szare komórki i do nich dociera :) Mam nadzieję, że będziesz dalej relacjonować swoją wspaniałą podróż. A ja będę mogła cieszyć się tymi wpisami.
Strasznie mi miło! :) Dzięki!
Usuń