niedziela, 21 lipca 2013

Pierwsza riksza, pomarańczowy Siva i pokój za 4000

CouchSurfing jest dla mnie niezbędnym elementem podróżowania. Przez CouchSurfing dowiesz się wszystkiego o miejscu, do którego zmierzasz. Dowiesz się, że autobus, którym jedziesz z lotniska ma być zielony, a ten ze stacji Majestic ma być marki Volvo. Dowiesz się, że w Mysore, po wyjściu z autobusu masz znaleźć rikszę i zapłacić za nią 100 Rupii, a nie 200 albo 300 jak za pewne powie Ci kierowca; zwłaszcza jeśli jesteś blondynką, masz 22 lata, walizkę na kółkach i sprawiasz wrażenie najbardziej nieogarniętej osoby na świecie.

Zgodnie z poleceniem couchsurfingowego Australijczyka mieszkającego na stałe w Mysore, kieruję się w stronę rikszy. Kolejny hindus przejmuje nade mną opiekę. Pyta dokąd jadę. Pokazuję mu adres w moim bezcennym notesie (mam tam kilka ważnych telefonów, adresów, wskazówek dojazdu). Nie ma pojęcia, gdzie to jest. W ciągu ułamka sekundy schodzą się wszyscy okoliczni rikszarze. A więc jestem ja i wianek ciemnoskórych hindusów. Ich białe oczy wyraziście odznaczają się na brązowych twarzach. Wpatrują się we mnie bez wyrazu. Mój zeszyt krąży z rąk do rąk. Rozmawiają głośno. Ich język jest płynny, miękki, bełkotliwy. Nie ma w nim przystanków ani ostrych zakrętów, brak jakichkolwiek podskoków, przeciągnięć. Gęste słowa od niechcenia wylewają im się ust. Niestety angielski w ich wykonaniu brzmi tak samo. 

Któryś w końcu wie. Tłumaczy mojemu kierowcy, jak dojechać. Umawiamy się na 100 rupii. Jedziemy. Zaczyna się. Hardcore na trzech kółkach. Oglądanie ulicznego chaosu przez szybę autobusu było już nie lada wyzwaniem, ale mimo wszystko czułam się w miarę bezpiecznie. W końcu to ja byłam 'tym większym'. Pierwsza jazda rikszą to zupełnie co innego. Niby to samo, ale z punktu widzenia tego, który zaraz zginie.



Jedną ręką kurczowo trzymam walizkę, drugą-poręcz. Nie dość, że nie ma znaków, nie istnieje żadne prawo drogowe określające pierwszeństwo na skrzyżowaniach albo na rondach, przynajmniej w praktyce. Warkot silnika sugeruje, że ktoś wymontował go z blendera i postanowił odpalić na nim ten śmieszny pojazd. Riksza przepycha się energicznie między kolejnymi pojazdami. Zbliżamy się do ronda. Nikt się nie zatrzymuje, wręcz przeciwnie, panuje wszechobecny wyścig, każdy chce się tam znaleźć jako pierwszy. Lecimy na pewne zderzenie. W ostatniej chwili riksza zatrzymuje się dwa centymetry przed przeciwnikiem. Trzeba przyznać, że hamulce są solidniejsze niż silnik. Jestem jedyną osobą, na której ta sytuacja wywarła jakiekolwiek wrażenie. Toniemy w klaksonach. Wróg przejechał. Lecimy dalej. Ludzie, motocykle, rowery, riksze...krowy i cielaki, wszystko to gdzieś zmierza w tym obłędnym chaosie. Wszystko to niemalże ociera się o siebie, a jednak nikt nie zostaje ranny.



Szybko się oswajam. Uśmiecham się do siebie. Nie przeraża mnie już warkotliwy silnik, który ledwo ciągnie, ani agresywna jazda, niebezpieczna odległość wymijanych pojazdów, ostre hamowania. Dojeżdżam żywa. Wysiadam. Płacę. 

Wszędzie dookoła stoją w pełnym spokoju domki jednorodzinne. Oczywiście w niczym nie przypominają naszych. Rzadko też przypominają własnego sąsiada. Okolica w niczym nie przypomina szaleństwa  panującego w centrum. W zasięgu wzroku jest zaledwie parę osób. 

Ale przejdźmy do konkretów. Nie mam zarezerwowanego żadnego noclegu. Nie znam adresu choćby jednego hotelu. Mam numery do kilku CouchSurferów z okolicy, z czego wszyscy prócz jednego to mężczyźni-hindusi. Nie jestem pewna, czy chcę do nich dzwonić. Zresztą i tak mój telefon jest rozładowany. Przyjechałam wcześniej niż sądziłam. Dokładniej 3 godziny wcześniej. Jestem co prawda umówiona z Australijczykiem gdzieś tam (mam zapisane gdzie w moim różowym notesie z zieloną żyrafą), ale dopiero za te nieszczęsne trzy godziny. Kiedy decydowałam gdzie pojechać, jedynym miejscem, które przyszło mi do głowy była szkoła jogi, w której zamierzałam praktykować. Okryte sławą od Chiny, przez Europę, aż po Stany Zjednoczone, magiczne KPJAYI (K Pattabhi Jois Ashtanga Yoga Institute), a więc Instytut ashtanga-yogi pana Pattabhiego Joisa. Co dalej? 



Prosta, kamienna płyta przy wejściu informuje, że to tu. A więc stoję przed świątynią ashtangi z moją szaro-burą walizką na kółkach, rozładowanym telefonem i zastanawiam się co dalej. Przy furtce siedzi na murku pulchniutki hindus. Wygląda przyjaźnie. Zresztą który nie wygląda? Pyta się. Nie wiem o co, ani po jakiemu, ale w gruncie rzeczy nie ma to znaczenia, bo o co by nie pytał moja odpowiedź będzie taka sama. Mówię, że przyjechałam się zarejestrować. Odpowiada coś po hindusku-angielsku. Tym razem staram się zrozumieć. Mówi, że jest zamknięte. 'Sunday-closed. Tommorrow, three thirty.' Wstaje, podchodzi do kartki na drzwiach, pokazuje godziny rejestracji i powtarza 'Tommorrow, three thirty. Sunday closed.'. Pytam czy w takim razie mogę podładować komórkę. Uśmiecha się, 'Yes, yes.'. 



Przed wejściem każe mi zdjąć buty. Jeszcze nie wiem, że tutaj wszędzie zdejmuje się buty. Na wszystko przyjdzie pora. Posłusznie zdejmuję. Hindus wskazuje mi gniazdko. Ma 5 dziurek. No tak. Wyjmuję ładowarkę. Pierwsza próba podłączenia kończy się porażką. Nie dziwi mnie to. Hindus bierze ode mnie ładowarkę i sam ją podłącza. Obserwujemy telefon w oczekiwaniu na znak. Kiedy wydaje z siebie cichy radosny dźwięk, hindus uśmiecha się szeroko, wyglądając na szczerze zadowolonego. Siadam sobie w malutkim przedpokoju, a Hindus wraca na swój murek. Po jakimś czasie pojawia się z powrotem, pytam czy mogę skorzystać z toalety. W odpowiedzi słyszę 'yes, yes', widzę szeroki uśmiech i rękę wskazującą kierunek. 

Przemierzam salę ćwiczeń. Jest wyłożona starymi miękkimi dywanami. Na ścianie po prawej stronie jest coś co przypomina ołtarz. Hinduski ołtarz. Tak więc jest kolorowo, błyszcząco i odpustowo. Tu również wkradł się hinduski chaos. Na wysokich ścianach widać zdjęcia Pattabhiego Joisa i jego dorosłych dzieci. Na niektórych wyginają ciała w trudnych jogicznych pozycjach, na innych stoją i uśmiechają się jak zwykła rodzina.



Idę to toalety. Oczywiście papieru toaletowego nie ma. Z czasem zrozumiem, że nie ma go nigdzie oprócz drogich europejskich restauracji i sklepików z asortymentem spełniającym dziwne zachcianki turystów. Wracam do sali ćwiczeń. Chodzę sobie w tą i z powrotem. Oglądam zdjęcia. Zapoznaję się z miejscem, w którym będę praktykować w ciągu najbliższych paru długich tygodni. W końcu wraca hindus i grzecznie mnie wygania. Siadam z powrotem w przedpokoiku i o dziwo, mimo braku planu, jestem kompletnie spokojna.

Nie wiem, jak to się stało, ale kilka minut później ja i moja walizka na kółkach stałyśmy przed wyłysiałym hindusem opasanym w pomarańczowe chusty w różnych odcieniach. Resztka długich czarnych włosów zaczesanych w poprzek głowy miała imitować gęstą czuprynę. Długa, czarna broda, sięgającą prawie do pępka nadrabiała zaległości. Siva. Kolejny hindus-opiekun. Ten specjalizował się w zagubionych joginach ze wschodu. Zastanawiam się, czy jakiś wyspecjalizowany, wschodni umysł mógłby zaplanować lepiej ten cały system opieki nad turystami. Jak się potem dowiaduję, Sivę wszyscy znają. Siva dobiera pokoje, wg potrzeb i wg budżetów, wymienia pieniądze, naprawia telefony, sprzedaje materace tym, dla których te hinduskie są za twarde, by potem je odzyskać i sprzedać na nowo. Pomarańczowe szaty są zarezerwowane dla swamich-mnichów. A więc mnich-biznesmen. Zaprasza mnie na podwórze swojego domu, różowego jak pastelowy cukierek. 

Mówię, że szukam pokoju. Pyta, czego oczekuję i ile mogę wydać. Mówię, że 5000 Rupii. Przynajmniej na taką kwotę wskazywały informacje zaczerpnięte z CouchSurfingu. Kręci przecząco głową, mówi, że to niedużo. Upewnia się jeszcze kilka razy. Patrzy w niebo. Dzwoni. Hinduskie słowa ciężko płyną. Idziemy. Trzy domy dalej przed furtką stoi kobieta. A więc to do niej dzwonił. Do kobiety, która mieszka 10 metrów dalej. Pokażę Ci pokój za 5 i 10 tysięcy-mówi. Najpierw ten za 5, a jak się później okazało 4. Kobieta z włosami zasłaniającymi całe plecy otwiera drzwi. Moim oczom ukazują się 3 metry kwadratowe ascetyzmu. Małe okienko, twarde, wąskie łóżko, szafa i stolik. Wchodzę do środka, w rogu wąskie drzwi prowadzą do łazienki, brudnej, brzydkiej, malutkiej łazienki. Jest toaleta i malutka umywalka, nad nią lusterko w plastikowej, różowej ramce. Kabiny prysznicowej nie ma, jest tylko szlauch zwisający ze ściany i wiadro. Okey. 

Idziemy na górę, do tego luksusu w cenie 10 000 Rupii, który okazuje się być tym samym, tylko w większym wydaniu. Nie przepłacam, wybieram ten tańszy. W końcu jestem w Indiach, przyjechałam ćwiczyć jogę i żadne luksusy nie wchodzą w grę. Wzięłam walizkę, wciągnęłam ją do pokoiku i od razu go polubiłam. W tej chwili, czułam się przeszczęśliwa, że w ogóle mam gdzie spać. Nie tylko tej nocy, ale przez cały kolejny miesiąc. W internecie sprawdzam, ile to 4000 tysiące rupii. Niecałe 250 zł...


2 komentarze:

  1. Jaka fajna wyprawa!!!:))) 'Zazdraszczam' pozytywnie z całego serca:))) Czekam z niecierpliwością na kolejne posty:)
    Nigdy nie byłam w Indiach, ale czytałam i słyszałam sporo i wydaje mi się, że ludzie w południowych są inni od tych z północy.
    Magda z Ira

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie piszesz Alicjo, z niecierpliwością czekam na następne wpisy! Ależ Ci zazdroszczę tej wyprawy, nie masz nawet pojęcia! Czytając aż tu z biblioteki mojego dziadka, czułam powiew wiatru z dalekich Indii!
    Pozdrawiam, wierna czytelniczka,
    poszukiwaczka przygód Agata

    OdpowiedzUsuń