Budzik dzwoni o 6.15. Czuję się, jakby był środek nocy. Ledwo udaje mi się unieść jedną powiekę. Patrzę w świecący ekran komórki. Trochę z pamięci, wspomagając się rozmytym obrazem znajduję przycisk 'odrzuć'. Unoszę lewą nogę i znajduje stopą na ścianie włącznik światła. Okrutne jarzeniowe światło razi nawet zamknięte oczy. Chwilę jeszcze leżę, po czym nieśmiało otwieram oczy. Za oknem powoli świta. Na taborecie leży przyszykowany strój do ćwiczeń. Uruchamiam autopilota. Pokieruje mną dopóki umysł nie zacznie pracować jak należy. Ubieram się, myję zęby, splatam włosy w niezdarnego koka. Podchodzę do lustra potykając się o garnki na podłodze. Fluid, puder, tusz do rzęs. Tak, wiem, że to dziwne, ale lubię czuć się dobrze we własnej skórze nawet podczas zajęć ashtangi o 6.30.
Wychodzę. 47 kroków dalej wchodzę przez bramę, zdejmuję buty na jedenastym stopniu i boso wędruję przez mały przedpokoik do sali ćwiczeń. Wzrokiem wypatruję wolnego miejsca. Nie jest tak znowu tłoczno, więc znajduję je bez problemu. Rozkładam matę. Zaczynam moją serię. Czuję jak ciało nabiera elastyczności z każdym kolejnym skłonem, mięśnie powoli się rozgrzewają. Płynę. Doskonalę kolejne pozycje. Powoli, bez presji. Nigdzie mi się nie spieszy, z nikim się nie ścigam, do nikogo nie porównuję. Po prostu ćwiczę. Półtorej godziny później kładę się do relaksu i wyobrażam sobie że moje ciało rozpływa się po macie, a energia rozchodzi się równomiernie po całym ciele, aż po czubki palców. Kolejny mały cel został osiągnięty. Czuję odrobinę satysfakcji. To dobry początek.
Obracam się na bok, powoli wstaję. Zabieram matę i bez słowa wychodzę. Jak wszyscy. Przychodzisz, ćwiczysz, relaksujesz się, wychodzisz. To wszystko. Proste. I codziennie to samo, choć trochę inaczej, bo Twoje ciało podlega ciągłym zmianom. Jednym słowem-ashtanga.
Wracam do pokoju i jak na twardą kobietę z północy przystało, włączam trening Chodakowskiej, bo jednak joga to nie wszystko. Kolejne 40 minut intensywnego treningu wzbudza oczekiwaną satysfakcję.
Jest zaledwie 10.00. Biorę szybko prysznic. Wrzucam brudne ciuchy do wiadra, który służy mi również jako wanna. Zalewam płynem do prania. Ubieram się, wychodzę. Zaczynam od Santoshy-okolicznego punktu integracji wszystkich joginów z Zachodu. Na furtce nie ma żadnej informacji, zdradzającej to urocze miejsce. Wślizguję się do środka. Obchodzę dom wąskim chodniczkiem. Wejście znajduje się na tyłach. Ktoś donośnie się ze mną wita.
Łatwo poznać tu nowe osoby. Wystarczy, że znasz jedną, zaraz poznajesz jej znajomych, aż w końcu znasz już niemalże wszystkich. Nie jest nas tak znowu wiele, a każdy czuje podobny strach przed samotnością. Tak więc nie wchodzę nawet do środka. Zostaję na zewnątrz, siadam przy dużym, drewnianym stole. Jest też dziewczyna z Irlandii, ze Słowacji i kolejna Polka, jedyna w okolicy, oprócz mnie. Rozmawiamy o jodze, diecie, jedzeniu, podróżach...
Pytam, czy ktoś chce ze mną jechać do centrum, zgubić się w mieście, bez przewodnika, bez żadnych wskazówek, co trzeba zobaczyć, co jest ładne, a co niewarte uwagi. Żadna z dziewczyn nie może, robią kursy instruktorskie i mają zajęcia po południu.
Dzisiaj jestem pełna determinacji. Postanawiam jechać choćby sama. Chcę doświadczać nowych miejsc, nowych kolorów. W drodze powrotnej zaglądam do Daniela, 32-letniego Hiszpana. Mówię, że jadę do centrum, żeby się zgubić. W odpowiedzi słyszę tylko dwa słowa: 'Weź mnie.'. Uśmiecham się, choć mój uśmiech nie jest w stanie odzwierciedlić mojej radości.
Idziemy na przystanek autobusowy. Po drodze wypijamy wodę z młodego kokosa i mijamy świętą krowę, ubraną w kolorowe tkaniny i złote ozdoby.
Jedziemy. Wysiadamy w samym centrum. Nie wiemy dokąd iść. Mówię 'Zaufajmy mojej kobiecej intuicji'. Daniel się żegna, śmiejemy się i idziemy w prawo. Skręcamy w nie za dużą ulicę, pełną handlarzy. Tutaj riksze przybierają bardziej ładunkową postać. Przerobione na pięciokołowe mini ciężarówki, potrafią udźwignąć kilkaset kilo ryżu i dwóch tragarzy na szczycie.
Przemieszczamy się płynnie między rikszami, rowerami i samochodami, przechodząc od jednego stoiska do kolejnych. Jest mężczyzna, który sprzedaje same cebule i ziemniaki, i taki, który ma tylko stare kłódki. Inny specjalizuje się w ryżu, na stole prezentuje ze 20 gatunków do wyboru. Obok stoi mąka. Rozmawiamy. Dowiaduję się, że to wszystko pszenica, że najtańsza jest razowa, najdroższa ta najbielsza i najdrobniejsza. Śmieję się. Że też u nas musi być dokładnie na odwrót...
Jest też stoisko z różnymi gatunkami chili. A więc tu jest winowajca, źródło piekącego smaku każdej, choćby najsłodszej hinduskiej potrawy...
Skręcam w małą uliczkę. Śmierdzi, ale nie zniechęca mnie to. W Indiach trzeba się na to uodpornić. Tak samo jak na błoto w Twoich sandałach, dziesiątki czarnych oczu wpatrujących się bez żadnego skrępowania w Twoją bladoskórą twarz i jasne włosy, curry, chili i masalę oraz tego, że niczego nie rozumiesz, bez względu na to, czy ktoś mówi po regionalnym dialekcie, czy po angielsku. Na to wszystko jest tylko jedna rada- uśmiech.
Tak więc zgodnie z tą zasadą, czując zapach sugerujący publiczną latrynę, uśmiechamy się. Za zakrętem widzimy mężczyznę suszącego tysiące worków, służących tutaj do pakowania dosłownie wszystkiego.
Oglądamy, podziwiamy, chłoniemy atmosferę hinduskiego targu. Za zakrętem widzimy sklep ze słodyczami. Kolorowe bloki, kostki i ciastka piętrzą się pod sam sufit. Z czego są zrobione? W większości z kuskusa, cukru i masła. Oprócz tego w składzie można odkryć suszone owoce i orzechy, nierzadko również ostre przyprawy.
Najpierw trafiamy do części z barwnikami. Sprzedawca z uśmiechem pyta się, czy wiem, co to jest. Odpowiadam, że nie. Tłumaczy mi, że po dodaniu wody barwniki zamieniają się w farby. A jeśli dodasz sok z połowy cytryny, możesz przemalować ubrania.
Podchodzimy do stoiska z bananami. Są czerwone, żółte i takie malutkie, przepyszne. Rozmawiam ze sprzedawcą, czym się różnią i decyduję się spróbować czerwonego-podobno jest świetny na żołądek i mniej słodki niż żółte. Jest też znacznie droższy, 1 sztuka kosztuje 8 rupii, podczas gdy żółty zaledwie 2 (10gr). Wyobrażacie sobie kupić dziesięć pięknych, słodkich, dojrzałych bananów za złotówkę?! Na samą myśl znowu się uśmiecham.
Nie wiem nawet, ile czasu tam spędziliśmy. Lecz gdybyśmy mieli zmierzyć tą przygodę w barwach, którymi cieszyły się nasze oczy, uśmiechach skierowanych w naszą stronę, zapachach olejków pokrywających moje ręce aż po łokcie, mijanych pączków róż i kwiatów jaśminu, wyszłaby co z tego najmniej nieskończoność.
Wychodzę. 47 kroków dalej wchodzę przez bramę, zdejmuję buty na jedenastym stopniu i boso wędruję przez mały przedpokoik do sali ćwiczeń. Wzrokiem wypatruję wolnego miejsca. Nie jest tak znowu tłoczno, więc znajduję je bez problemu. Rozkładam matę. Zaczynam moją serię. Czuję jak ciało nabiera elastyczności z każdym kolejnym skłonem, mięśnie powoli się rozgrzewają. Płynę. Doskonalę kolejne pozycje. Powoli, bez presji. Nigdzie mi się nie spieszy, z nikim się nie ścigam, do nikogo nie porównuję. Po prostu ćwiczę. Półtorej godziny później kładę się do relaksu i wyobrażam sobie że moje ciało rozpływa się po macie, a energia rozchodzi się równomiernie po całym ciele, aż po czubki palców. Kolejny mały cel został osiągnięty. Czuję odrobinę satysfakcji. To dobry początek.
Obracam się na bok, powoli wstaję. Zabieram matę i bez słowa wychodzę. Jak wszyscy. Przychodzisz, ćwiczysz, relaksujesz się, wychodzisz. To wszystko. Proste. I codziennie to samo, choć trochę inaczej, bo Twoje ciało podlega ciągłym zmianom. Jednym słowem-ashtanga.
Wracam do pokoju i jak na twardą kobietę z północy przystało, włączam trening Chodakowskiej, bo jednak joga to nie wszystko. Kolejne 40 minut intensywnego treningu wzbudza oczekiwaną satysfakcję.
Jest zaledwie 10.00. Biorę szybko prysznic. Wrzucam brudne ciuchy do wiadra, który służy mi również jako wanna. Zalewam płynem do prania. Ubieram się, wychodzę. Zaczynam od Santoshy-okolicznego punktu integracji wszystkich joginów z Zachodu. Na furtce nie ma żadnej informacji, zdradzającej to urocze miejsce. Wślizguję się do środka. Obchodzę dom wąskim chodniczkiem. Wejście znajduje się na tyłach. Ktoś donośnie się ze mną wita.
Łatwo poznać tu nowe osoby. Wystarczy, że znasz jedną, zaraz poznajesz jej znajomych, aż w końcu znasz już niemalże wszystkich. Nie jest nas tak znowu wiele, a każdy czuje podobny strach przed samotnością. Tak więc nie wchodzę nawet do środka. Zostaję na zewnątrz, siadam przy dużym, drewnianym stole. Jest też dziewczyna z Irlandii, ze Słowacji i kolejna Polka, jedyna w okolicy, oprócz mnie. Rozmawiamy o jodze, diecie, jedzeniu, podróżach...
Pytam, czy ktoś chce ze mną jechać do centrum, zgubić się w mieście, bez przewodnika, bez żadnych wskazówek, co trzeba zobaczyć, co jest ładne, a co niewarte uwagi. Żadna z dziewczyn nie może, robią kursy instruktorskie i mają zajęcia po południu.
Dzisiaj jestem pełna determinacji. Postanawiam jechać choćby sama. Chcę doświadczać nowych miejsc, nowych kolorów. W drodze powrotnej zaglądam do Daniela, 32-letniego Hiszpana. Mówię, że jadę do centrum, żeby się zgubić. W odpowiedzi słyszę tylko dwa słowa: 'Weź mnie.'. Uśmiecham się, choć mój uśmiech nie jest w stanie odzwierciedlić mojej radości.
Idziemy na przystanek autobusowy. Po drodze wypijamy wodę z młodego kokosa i mijamy świętą krowę, ubraną w kolorowe tkaniny i złote ozdoby.
Jedziemy. Wysiadamy w samym centrum. Nie wiemy dokąd iść. Mówię 'Zaufajmy mojej kobiecej intuicji'. Daniel się żegna, śmiejemy się i idziemy w prawo. Skręcamy w nie za dużą ulicę, pełną handlarzy. Tutaj riksze przybierają bardziej ładunkową postać. Przerobione na pięciokołowe mini ciężarówki, potrafią udźwignąć kilkaset kilo ryżu i dwóch tragarzy na szczycie.
Przemieszczamy się płynnie między rikszami, rowerami i samochodami, przechodząc od jednego stoiska do kolejnych. Jest mężczyzna, który sprzedaje same cebule i ziemniaki, i taki, który ma tylko stare kłódki. Inny specjalizuje się w ryżu, na stole prezentuje ze 20 gatunków do wyboru. Obok stoi mąka. Rozmawiamy. Dowiaduję się, że to wszystko pszenica, że najtańsza jest razowa, najdroższa ta najbielsza i najdrobniejsza. Śmieję się. Że też u nas musi być dokładnie na odwrót...
Jest też stoisko z różnymi gatunkami chili. A więc tu jest winowajca, źródło piekącego smaku każdej, choćby najsłodszej hinduskiej potrawy...
Skręcam w małą uliczkę. Śmierdzi, ale nie zniechęca mnie to. W Indiach trzeba się na to uodpornić. Tak samo jak na błoto w Twoich sandałach, dziesiątki czarnych oczu wpatrujących się bez żadnego skrępowania w Twoją bladoskórą twarz i jasne włosy, curry, chili i masalę oraz tego, że niczego nie rozumiesz, bez względu na to, czy ktoś mówi po regionalnym dialekcie, czy po angielsku. Na to wszystko jest tylko jedna rada- uśmiech.
Tak więc zgodnie z tą zasadą, czując zapach sugerujący publiczną latrynę, uśmiechamy się. Za zakrętem widzimy mężczyznę suszącego tysiące worków, służących tutaj do pakowania dosłownie wszystkiego.
Dochodzimy do większego skrzyżowania. 'Teraz Ty wybierasz kierunek'-mówię do Daniela. Rozgląda się i wskazuje bogato zdobiony budynek na wprost od nas. Patrzymy w prawo, mija nas parę motocyklistów, dochodzimy do środka jezdni. Patrzymy w lewo. Droga w miarę wolna- tylko dwie riksze i rower, a więc idziemy. Tak tutaj się chodzi. Gdybyś zamierzał doczekać momentu, kiedy nikt nie nadjeżdża z żadnej strony, prawdopodobnie nigdy nie przeszedłbyś przez ulicę.
Jesteśmy na miejscu. Tajemniczy budynek okazuje się być muzeum sztuki, za pewne mało znanym, bo w okolicy nie ma żadnych białych twarzy. Podchodzimy do kasy. Cena dla obcokrajowców jest 4 razy większa. Nikogo to nie dziwi, nikt nie próbuje tego ukryć. Wymalowana po hindusku i angielsku liczby są bezwzględne.
Ale w końcu jesteśmy w Indiach. Uśmiecham się do pani w okienku i pytam, raczej w ramach żartu, czy dla studentów jest zniżka. I oto proszę, jest! Płacimy połowę ceny, a więc tylko 2 razy więcej niż tubylcy. Wchodzimy.
Muzeum nie zachwyca. Kilka wyrobów z kości słoniowej, trochę obrazków przedstawiających historię Sri Krishny i Sudhamy. Razem próbujemy stworzyć opowieść pasującą do rysunków. W końcu obiecujemy sobie sprawdzić ją po powrocie domu w internecie.
Jest trochę pozostałości z czasów kolonizacji, dostojni brytyjscy żołnierze na koniach, porcelanowy talerz wymalowany w aniołki, wielki, drewniany zegar stojący na delikatnych, powykręcanych nóżkach.
Najciekawsze jest jednak to, że żaden eksponat nie ma daty. Na plastikowych tabliczkach opisujących poszczególne przedmioty znajdują się najwyżej dwa słowa. I tak miedziany słoń jest po prostu miedzianym słoniem, a pudełko z kości słoniowej jest pudełkiem z kości słoniowej. Nie wiesz skąd, kiedy powstało, ani nawet do czego służyło. No cóż. Jakby tego mało, co chwila znajdujemy błędy ortograficzne w angielskich tłumaczeniach. Co robimy? Uśmiechamy się. W końcu to Indie. Bez uśmiechu zginiesz w morzu własnych pretensji.
Wychodzimy, błądzimy dalej. I właśnie wtedy spotyka nas najwspanialsza przygoda tego dnia. Trafiamy na targ. Najpierw kilka straganów okalające całe to bogactwo kolorów, zapachów i smaków. Są sprzedawcy bananów, jabłek i melonów. Są kobiety noszące kosze pomarańczy na głowach. Soczyste, tętniące granaty, na których sam widok stajesz się głodny...
Oglądamy, podziwiamy, chłoniemy atmosferę hinduskiego targu. Za zakrętem widzimy sklep ze słodyczami. Kolorowe bloki, kostki i ciastka piętrzą się pod sam sufit. Z czego są zrobione? W większości z kuskusa, cukru i masła. Oprócz tego w składzie można odkryć suszone owoce i orzechy, nierzadko również ostre przyprawy.
Dostrzegam małą, zaciemnioną uliczkę. A więc jest! Wąska, zadaszona alejka prowadzi w sam środek prawdziwego targu. Skręcam, by już kilka metrów dalej wpaść w wir setek handlarzy i kupców, targujących się rodzin, kobiet w świetlistych sari przebierających w pękach przypraw.
Dalej naszym oczom ukazują się stoiska z kadzidłami. Wszystko ręcznie robione. Jest drzewo sandało, ylang-ylang, jaśmin. Są też te o zapachu róży i kwiatu lotosu. Sprzedawca pokazuje mi kolejne, daje powąchać, opowiada, które do czego służą. Jedne wyciszają, inne pomagają w medytacji; jeszcze inne odstraszają komary. Zapewnia, że wszystkie palą się przez godzinę. Uśmiecham się, pytam, czy mogę zrobić zdjęcie. Dostaję dwa kadzidła w prezencie, na próbę. Cieszę się na myśl o zapachu lotosu wypełniającym mój mały, wilgotny pokoik.
Dalej trafiamy w aleję kwiatów. Miliony pęczków w kolorze czerwieni, różu i karminu piętrzą się i roztaczają obłędny, słodki zapach. Mężczyźni siedzący po turecku splatają z nich długie warkocze, które potem kobiety wpinają we włosy. Różnorodność kształtów, gatunków i kolorów pozwala im tworzyć przeróżne ozdoby służące później jako ofiara dla bóstw w świątyniach.
Dalej mijamy mężczyznę sprzedającego wyroby z cukru trzcinowego, handlarza olejków eterycznych i kobietę z jednym zębem oferującą zielone liście służące do żucia, których nazwy nie pamiętam. Wszyscy chcą być na zdjęciu, wszyscy się uśmiechają. Nawet kobieta z jednym zębem nie ma oporów przed radosnym uśmiechem, choć do zdjęcia decyduje się pozować z zamkniętymi ustami.
Dalej wkraczamy w krainę warzyw. Setki gatunków strączków leży w wielkich stertach na ziemi. Są ziemniaki, kalafiory i marchew, bakłażany w trzech rozmiarach i jeszcze jedne, w białe paski. Są pęki koperku i natki pietruszki, choć zupełnie innej niż ta nasza, bardziej pikantnej. Jest kapusta i szpinak. I są też setki roślin, które widzę po raz pierwszy, których nazw nie nie pamiętam albo nawet nigdy nie słyszałam, o przeróżnych zastosowaniach, smakach i kolorach.
Nie wiem nawet, ile czasu tam spędziliśmy. Lecz gdybyśmy mieli zmierzyć tą przygodę w barwach, którymi cieszyły się nasze oczy, uśmiechach skierowanych w naszą stronę, zapachach olejków pokrywających moje ręce aż po łokcie, mijanych pączków róż i kwiatów jaśminu, wyszłaby co z tego najmniej nieskończoność.
Zastanawiam sie, czy , gdyby nie było zdjęć, moja wyobraźnia stworzyła by tak kolorowy i intrygujacy świat wyłaniający się z opisu. Chyba tak. A jesli tak , to znaczy, ze podtrzymujesz styl pisania, który wciaga .
OdpowiedzUsuńPozdrawiam. Wiesiek
Dziękuję Panu bardzo! Może zmieni Pan zdanie, co do mojego wyjazdu :)
Usuń