piątek, 26 lipca 2013

Dziesiąty dzień w Indiach... Czyli osobiste wyznania z księżycem w tle


Słyszeliście może o wpływie księżyca na ludzkie ciało i umysł? Nawet jeśli nie, to z pewnością uczyliście się o tym, jak jego przyciąganie porusza wody na całym świecie, powodując przypływy i odpływy. W takim razie nie powinno was zdziwić, że człowiek składający się w 60% z wody również może odczuwać pewne zmiany, choć znacznie subtelniejsze, pod wpływem ruchu Księżyca.

Podobno ubywanie księżyca jest procesem zmniejszania i eliminowania. Nów, czyli moment kiedy księżyc znajduje się między Słońcem a Ziemią i jest niewidoczny gołym okiem, ma charakter odnawiający i stanowi dobry moment na podejmowanie nowych wyzwań. Przybywanie księżyca oznacza natomiast akumulację, jest procesem wzrastania, wzmożonej aktywności. Najciekawsza jest jednak jego pełnia. Podobno wtedy najintensywniej odczuwamy jego siłę. Stajemy się bardziej pobudzeni, emocje biorą górę nad racjonalnym myśleniem. Wiele osób, zwłaszcza dzieci, które są znacznie lepiej zsynchronizowane z naturą, nie może spać.

Co ciekawsze wg Jogi, która jest nie tylko metodą na rozciąganie ciała, ale całym systemem filozoficznym i prastarą nauką o ludzkim ciele i duszy, istnieje coś takiego, jak punkty księżycowe. Podczas gdy mężczyzna ma tylko jeden taki punkt i znajduje się on na brodzie, kobieta ma ich aż 11. Te punkty odzwierciedlają naszą emocjonalność, zmienność nastroju i zachowań względem innych. W idealnej synchronizacji z naturą, gdzie cykl kobiecy trwa tyle samo ile cykl księżyca, każdy z tych 11 punktów powinien aktywować się na 2 i pół dnia, wpływając na kobiecie nastroje i decyzje. I tak na przykład punkt księżycowy znajdujący się po wewnętrznej stronie ud odpowiada za wydajność i wysoki poziom energii, zmysł organizacyjny i pragnienie perfekcyjnego wypełniania obowiązków, a punkt znajdujący się na piersiach wzmaga kobiece współczucie, miłosierdzie, pragnienie intymności, jak również naiwność i brak asertywności.

Nie wiem, czy to wszystko do Was trafia, ale mnie fascynuje to, jak mnisi i znachorzy sprzed tysięcy lat opisywali ludzkie ciało i umysł, nie znając pojęć współczesnej medycyny, nie mając metod badania anatomii i fizjologii, które mamy dzisiaj. Na dodatek dochodzili do podobnych wniosków w różnych częściach świata. Należy ich darzyć ogromnym szacunkiem, ponieważ ich przekazy nie raz pozwalają nam zrozumieć procesy zakwalifikowywane przez współczesnych lekarzy do rubryki cudów, zdarzeń niewytłumaczalnych. Najbardziej jednak podziwiam ich za to, że nie próbowali wszystkiego za wszelką cenę odseparowywać. Tak jak współczesna medycyna odseparowuje pracę poszczególnych narządów, w minimalnym stopniu uznaje wpływ diety i emocji na zdrowie, tak medycyna chińska czy ajurwedyjska postrzega człowieka jako całość-nie tylko samą w sobie, ale również jako element większej całości, jaką jest otaczająca go przyroda, pokarm, który przyjmuje, społeczeństwo w którym żyje, a w końcu cały układ słoneczny.

Czemu o tym wszystkim piszę? Skąd w ogóle temat księżyca?

Kiedy wyruszasz sam na drugi koniec świata, zdarzają się czasem gorsze dni. Dni wypełnione szarą samotnością, mokre od łez, wyciśniętych tęsknotą za czymś nieuchwytnym; może szczerą rozmową, może czułym gestem bliskiej osoby albo filmem obejrzanym wspólnie wieczorem, spacerem po starówce z przyjacielem.

Dostrzegam wtedy jak cenne jest to, co mam. To, co czeka na mnie w domu. Codziennie. Niezmiennie. I nigdy nie myślę o gorącej, pachnącej kąpieli, dużym wygodnym łóżku, ani nawet mojej kuchni, której w żadnym razie nie da się porównać z tą gazową kuchenką stojącą w korytarzu na pierwszym piętrze. Moje hinduskie łóżko pokryte plamami, których pochodzenia wolę nie znać, o materacu równie miękkim jak podłoga, w zupełności mi wystarcza. A kąpiel w wiadrze przy użyciu szlaucha uznałam za znacznie szybszą i wygodniejszą. Nawet kuchnię, rozbitą na trzy różne pomieszczenia, zaakceptowałam z uśmiechem dochodząc do wniosku, że rozwinie mój zmysł logistyczny. Ale są rzeczy, znacznie bardziej subtelne i niewidoczne, których nic Ci nie zastąpi.
Nasz umysł, nasze ego, nasze nastroje, wszystko to karmi się kontrastem. Wszelka nasza ocena powstaje dzięki niemu. Cieszymy się, gdy coś nam wyjdzie lepiej, smucimy, jeśli nasze efekty się pogarszają. Mamy nasz punkt odniesienia. Czasem to my sami, czasem znajomi, czasem wyniki statystyczne Europy. Nieważne. Ważna jest barwa. Tego, co było i tego co jest. Tak powstaje nasz kontrast. Dlatego z czasem przestajemy doceniać, potrzebujemy więcej, częściej, inaczej, lepiej; bo to, co niegdyś miało dla nas intensywną barwę, teraz stało się naszym bledszym punktem odniesienia. Z jednej strony to wspaniałe, rozwijające. Pragniemy iść na przód, dążymy do doskonałości. Z drugiej strony, są takie aspekty życia, które nie potrzebują ciągłych zmian; potrzebują za to naszej wytrwałej, niezmiennej wdzięczności. Potrzebują byśmy wykształcili w sobie stałą umiejętność dostrzeżenia piękna ich barwy, bez ciągłego poszukiwania kontrastu. Wymagają od nas wczucia się w ich odcień wyjęty z całej palety barw, pozbawiony czegoś bledszego i żywszego, gorszej i lepszej wersji samej siebie. Miłość jest jedną z takich rzeczy. A ze wszystkich rodzajów miłości, przede wszystkim miłość matki.

A podróż... Podróż może być takim narzędziem, które te nasze kontrasty ustawia z powrotem na zdrowe tory. Obniża barwy naszych oczekiwań o kilka porządnych tonów i na nowo pozwala się cieszyć prostymi radościami codzienności. Być może każdy z nas ma naturalną, wewnętrzną potrzebę ascetyzmu. Gdyby tak nie było, kto zdecydowałby się opuścić wygodny, ciepły dom by zmierzyć się z własnymi siłami na górskich szlakach śpiąc pod namiotem, nie raz będąc głodnym, zmęczonym, obolałym?

Pamiętam, jak wróciłam do domu po pielgrzymce do Santiago. 28 dni marszu, prawie 1000 przebytych kilometrów. Wyszłam z domu słaba, smutna, ze złamaną duszą. Wróciłam mocniejsza, bardziej poskładana. Dlaczego? Na pewno ten marsz oczyszcza umysł, pozwala spojrzeć na własne życie z dystansem rosnącym wraz z ilością przebytych kilometrów. Ale ważnym, jeśli nie najważniejszym działaniem tego marszu jest wyuczenie się na nowo czerpania radości z najprostszych rzeczy. Z odpoczynku po kilkugodzinnym marszu, z małego drzewka pośród akrów złotych pól, w którego cieniu można się skryć przed żarem , z każdego łyka wody i soczystej pomarańczy, z każdego celu osiągniętego kolejnego dnia, z każdej nowej znajomości, ciekawej rozmowy, z każdej godziny snu. Wszystko staje się wyraziste, woda nabiera cudownego smaku, chwila, w której zdejmujesz buty, a pod zmęczonymi stopami czujesz miękkość trawy i moment, kiedy zakładasz je z powrotem i wiesz, że czekają na Ciebie te wszystkie miasta i wioski, pasma górskie, nieskończone, pustynne pola pszenicy, oliwne gaje. Wszystko to nabiera barwy, każda mała czynność staje się ceremonią. Wyrazistą, soczystą barwą.

A potem wracasz do domu, a wraz z Tobą wraca trochę tej pięknej nauki. I zakochujesz się w swoim życiu na nowo.

I kiedy wczoraj zapadła noc, a na ekranie komórki pojawił się napis ‘mama’, zebrałam wszystkie siły, wzięłam głęboki wdech. Chciałam brzmieć pozytywnie. Słyszę jej głos, odpowiadam. I wiem, że ona już wie. Obie wiemy. Wszystko jest jasne. Moje gardło ściska węzeł. Węzeł wzruszenia. I słyszę ‘Poczytaj sobie jutro książkę. Przeczytałaś już wszystkie? Może Ci jakąś przysłać?’. Nie umiem opisać znaczenia tych słów. Wiem tylko, że wtedy wszystko stało się lepsze.

A łącząca nas więź znów nabrała intensywności.

I tym również jest podróżowanie. Są pałace i słonie, są lśniące, kolorowe sari i dania, których nazw nie umiesz wymówić; są ulice zatopione w chaotycznej melodii tętniącego życiem miasta, są też te niczym nie wyróżniające się uliczki, w których poukrywane się arabskie sklepiki , które wskaże Ci tylko miejscowy, pełne obłędnie pachnących ręcznie tłoczonych olejków z kwiatów lotosu,.
Ale to tylko część Twojej podróży.

Bo co najmniej jej połowa dzieje się w Twoim sercu. Oczy widzą więcej, słowa układają się mądrzej, umysł nabiera pokory, życie nabiera kontrastów, a Ty uczysz się wdzięczności. Najprostszej,  najczystszej, najpiękniejszej drogi do szczęścia.

Nie mogę zasnąć. Wychodzę na dwór. Powietrze wypełnia słodki, ciepły zapach nocy. 
Wszechobecne cykady otulają spokojną, znaną melodią. Patrzę w górę. Księżyc rozświetla czarne jak smoła niebo, jest wielki, kuszący. Przyciąga. A więc jest pełnia.

Uśmiecham się. Wszystko jest w pełnej harmonii. Nawet te łzy tęsknoty za czymś nieuchwytnym, to emocjonalne zachwianie, myśli, które ciężko ułożyć w całość i słowa, które tutaj piszę, nawet one są częścią tej wspaniałej równowagi. Tak jak radość i przyjaźń, potrzebny jest również smutek i samotność.; by przez chwilę dostrzec więcej i być może coś z tej ulotnej lekcji zapamiętać, obudzić się następnego dnia z uśmiechem wdzięczności za to co mamy i pragnieniem nowego początku, kolejnego wyzwania.


2 komentarze:

  1. Ala . Ta melancholia to początek prawdziwej tęsknoty. Za tym , co tak pieknie opisujesz.Ale z czasem ta emocjonalna amplituda maleje. Wrastasz w nowe środowisko. Zaczyna być ono normalnością. Ale na szczęście Ty tego nie zdążysz doświadczyć w Indiach . Wcześniej do nas wrócisz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję, że w Twojej podróży będzie jak najmniej tych gorszych dni. Choć jak sama mówisz, są one potrzebne aby dostrzec te małe codzienne rzeczy, których nie zauważamy.
    I pisz dziewczyno, bo świetnie Ci to idzie. A ja z przyjemnością to czytam. Można się tym wszystkim zachłysnąć i zarazić.

    OdpowiedzUsuń