Słyszeliście
może o wpływie księżyca na ludzkie ciało i umysł? Nawet jeśli nie, to z
pewnością uczyliście się o tym, jak jego przyciąganie porusza wody na całym
świecie, powodując przypływy i odpływy. W takim razie nie powinno was zdziwić,
że człowiek składający się w 60% z wody również może odczuwać pewne zmiany,
choć znacznie subtelniejsze, pod wpływem ruchu Księżyca.
Podobno
ubywanie księżyca jest procesem zmniejszania i eliminowania. Nów, czyli moment
kiedy księżyc znajduje się między Słońcem a Ziemią i jest niewidoczny gołym
okiem, ma charakter odnawiający i stanowi dobry moment na podejmowanie nowych
wyzwań. Przybywanie księżyca oznacza natomiast akumulację, jest procesem
wzrastania, wzmożonej aktywności. Najciekawsza jest jednak jego pełnia. Podobno
wtedy najintensywniej odczuwamy jego siłę. Stajemy się bardziej pobudzeni,
emocje biorą górę nad racjonalnym myśleniem. Wiele osób, zwłaszcza dzieci,
które są znacznie lepiej zsynchronizowane z naturą, nie może spać.
Co ciekawsze wg
Jogi, która jest nie tylko metodą na rozciąganie ciała, ale całym systemem
filozoficznym i prastarą nauką o ludzkim ciele i duszy, istnieje coś takiego,
jak punkty księżycowe. Podczas gdy mężczyzna ma tylko jeden taki punkt i
znajduje się on na brodzie, kobieta ma ich aż 11. Te punkty odzwierciedlają
naszą emocjonalność, zmienność nastroju i zachowań względem innych. W idealnej
synchronizacji z naturą, gdzie cykl kobiecy trwa tyle samo ile cykl księżyca,
każdy z tych 11 punktów powinien aktywować się na 2 i pół dnia, wpływając na
kobiecie nastroje i decyzje. I tak na przykład punkt księżycowy znajdujący się
po wewnętrznej stronie ud odpowiada za wydajność i wysoki poziom energii, zmysł
organizacyjny i pragnienie perfekcyjnego wypełniania obowiązków, a punkt
znajdujący się na piersiach wzmaga kobiece współczucie, miłosierdzie,
pragnienie intymności, jak również naiwność i brak asertywności.
Nie wiem, czy
to wszystko do Was trafia, ale mnie fascynuje to, jak mnisi i znachorzy sprzed
tysięcy lat opisywali ludzkie ciało i umysł, nie znając pojęć współczesnej
medycyny, nie mając metod badania anatomii i fizjologii, które mamy dzisiaj. Na
dodatek dochodzili do podobnych wniosków w różnych częściach świata. Należy ich
darzyć ogromnym szacunkiem, ponieważ ich przekazy nie raz pozwalają nam zrozumieć
procesy zakwalifikowywane przez współczesnych lekarzy do rubryki cudów, zdarzeń
niewytłumaczalnych. Najbardziej jednak podziwiam ich za to, że nie próbowali
wszystkiego za wszelką cenę odseparowywać. Tak jak współczesna medycyna
odseparowuje pracę poszczególnych narządów, w minimalnym stopniu uznaje wpływ
diety i emocji na zdrowie, tak medycyna chińska czy ajurwedyjska postrzega człowieka
jako całość-nie tylko samą w sobie, ale również jako element większej całości,
jaką jest otaczająca go przyroda, pokarm, który przyjmuje, społeczeństwo w
którym żyje, a w końcu cały układ słoneczny.
Czemu o tym
wszystkim piszę? Skąd w ogóle temat księżyca?
Kiedy wyruszasz
sam na drugi koniec świata, zdarzają się czasem gorsze dni. Dni wypełnione
szarą samotnością, mokre od łez, wyciśniętych tęsknotą za czymś nieuchwytnym;
może szczerą rozmową, może czułym gestem bliskiej osoby albo filmem obejrzanym
wspólnie wieczorem, spacerem po starówce z przyjacielem.
Dostrzegam
wtedy jak cenne jest to, co mam. To, co czeka na mnie w domu. Codziennie.
Niezmiennie. I nigdy nie myślę o gorącej, pachnącej kąpieli, dużym wygodnym
łóżku, ani nawet mojej kuchni, której w żadnym razie nie da się porównać z tą
gazową kuchenką stojącą w korytarzu na pierwszym piętrze. Moje hinduskie łóżko
pokryte plamami, których pochodzenia wolę nie znać, o materacu równie miękkim
jak podłoga, w zupełności mi wystarcza. A kąpiel w wiadrze przy użyciu szlaucha
uznałam za znacznie szybszą i wygodniejszą. Nawet kuchnię, rozbitą na trzy
różne pomieszczenia, zaakceptowałam z uśmiechem dochodząc do wniosku, że
rozwinie mój zmysł logistyczny. Ale są rzeczy, znacznie bardziej subtelne i
niewidoczne, których nic Ci nie zastąpi.
Nasz umysł,
nasze ego, nasze nastroje, wszystko to karmi się kontrastem. Wszelka nasza ocena
powstaje dzięki niemu. Cieszymy się, gdy coś nam wyjdzie lepiej, smucimy, jeśli
nasze efekty się pogarszają. Mamy nasz punkt odniesienia. Czasem to my sami,
czasem znajomi, czasem wyniki statystyczne Europy. Nieważne. Ważna jest barwa.
Tego, co było i tego co jest. Tak powstaje nasz kontrast. Dlatego z czasem
przestajemy doceniać, potrzebujemy więcej, częściej, inaczej, lepiej; bo to, co
niegdyś miało dla nas intensywną barwę, teraz stało się naszym bledszym punktem
odniesienia. Z jednej strony to wspaniałe, rozwijające. Pragniemy iść na przód,
dążymy do doskonałości. Z drugiej strony, są takie aspekty życia, które nie
potrzebują ciągłych zmian; potrzebują za to naszej wytrwałej, niezmiennej
wdzięczności. Potrzebują byśmy wykształcili w sobie stałą umiejętność
dostrzeżenia piękna ich barwy, bez ciągłego poszukiwania kontrastu. Wymagają od
nas wczucia się w ich odcień wyjęty z całej palety barw, pozbawiony czegoś
bledszego i żywszego, gorszej i lepszej wersji samej siebie. Miłość jest jedną
z takich rzeczy. A ze wszystkich rodzajów miłości, przede wszystkim miłość
matki.
A podróż...
Podróż może być takim narzędziem, które te nasze kontrasty ustawia z powrotem
na zdrowe tory. Obniża barwy naszych oczekiwań o kilka porządnych tonów i na
nowo pozwala się cieszyć prostymi radościami codzienności. Być może każdy z nas
ma naturalną, wewnętrzną potrzebę ascetyzmu. Gdyby tak nie było, kto
zdecydowałby się opuścić wygodny, ciepły dom by zmierzyć się z własnymi siłami
na górskich szlakach śpiąc pod namiotem, nie raz będąc głodnym, zmęczonym, obolałym?
Pamiętam, jak
wróciłam do domu po pielgrzymce do Santiago. 28 dni marszu, prawie 1000
przebytych kilometrów. Wyszłam z domu słaba, smutna, ze złamaną duszą. Wróciłam
mocniejsza, bardziej poskładana. Dlaczego? Na pewno ten marsz oczyszcza umysł,
pozwala spojrzeć na własne życie z dystansem rosnącym wraz z ilością przebytych
kilometrów. Ale ważnym, jeśli nie najważniejszym działaniem tego marszu jest
wyuczenie się na nowo czerpania radości z najprostszych rzeczy. Z odpoczynku po
kilkugodzinnym marszu, z małego drzewka pośród akrów złotych pól, w którego
cieniu można się skryć przed żarem , z każdego łyka wody i soczystej pomarańczy,
z każdego celu osiągniętego kolejnego dnia, z każdej nowej znajomości, ciekawej
rozmowy, z każdej godziny snu. Wszystko staje się wyraziste, woda nabiera
cudownego smaku, chwila, w której zdejmujesz buty, a pod zmęczonymi stopami
czujesz miękkość trawy i moment, kiedy zakładasz je z powrotem i wiesz, że
czekają na Ciebie te wszystkie miasta i wioski, pasma górskie, nieskończone,
pustynne pola pszenicy, oliwne gaje. Wszystko to nabiera barwy, każda mała
czynność staje się ceremonią. Wyrazistą, soczystą barwą.
A potem wracasz
do domu, a wraz z Tobą wraca trochę tej pięknej nauki. I zakochujesz się w
swoim życiu na nowo.
I kiedy wczoraj
zapadła noc, a na ekranie komórki pojawił się napis ‘mama’, zebrałam wszystkie
siły, wzięłam głęboki wdech. Chciałam brzmieć pozytywnie. Słyszę jej głos,
odpowiadam. I wiem, że ona już wie. Obie wiemy. Wszystko jest jasne. Moje
gardło ściska węzeł. Węzeł wzruszenia. I słyszę ‘Poczytaj sobie jutro książkę.
Przeczytałaś już wszystkie? Może Ci jakąś przysłać?’. Nie umiem opisać
znaczenia tych słów. Wiem tylko, że wtedy wszystko stało się lepsze.
A łącząca nas
więź znów nabrała intensywności.
I tym również
jest podróżowanie. Są pałace i słonie, są lśniące, kolorowe sari i dania,
których nazw nie umiesz wymówić; są ulice zatopione w chaotycznej melodii
tętniącego życiem miasta, są też te niczym nie wyróżniające się uliczki, w
których poukrywane się arabskie sklepiki , które wskaże Ci tylko miejscowy, pełne
obłędnie pachnących ręcznie tłoczonych olejków z kwiatów lotosu,.
Ale to tylko
część Twojej podróży.
Bo co najmniej
jej połowa dzieje się w Twoim sercu. Oczy widzą więcej, słowa układają się
mądrzej, umysł nabiera pokory, życie nabiera kontrastów, a Ty uczysz się
wdzięczności. Najprostszej,
najczystszej, najpiękniejszej drogi do szczęścia.
Nie mogę
zasnąć. Wychodzę na dwór. Powietrze wypełnia słodki, ciepły zapach nocy.
Wszechobecne cykady otulają spokojną, znaną melodią. Patrzę w górę. Księżyc
rozświetla czarne jak smoła niebo, jest wielki, kuszący. Przyciąga. A więc jest
pełnia.
Uśmiecham się.
Wszystko jest w pełnej harmonii. Nawet te łzy tęsknoty za czymś nieuchwytnym,
to emocjonalne zachwianie, myśli, które ciężko ułożyć w całość i słowa, które
tutaj piszę, nawet one są częścią tej wspaniałej równowagi. Tak jak radość i
przyjaźń, potrzebny jest również smutek i samotność.; by przez chwilę dostrzec
więcej i być może coś z tej ulotnej lekcji zapamiętać, obudzić się następnego
dnia z uśmiechem wdzięczności za to co mamy i pragnieniem nowego początku,
kolejnego wyzwania.

Ala . Ta melancholia to początek prawdziwej tęsknoty. Za tym , co tak pieknie opisujesz.Ale z czasem ta emocjonalna amplituda maleje. Wrastasz w nowe środowisko. Zaczyna być ono normalnością. Ale na szczęście Ty tego nie zdążysz doświadczyć w Indiach . Wcześniej do nas wrócisz.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że w Twojej podróży będzie jak najmniej tych gorszych dni. Choć jak sama mówisz, są one potrzebne aby dostrzec te małe codzienne rzeczy, których nie zauważamy.
OdpowiedzUsuńI pisz dziewczyno, bo świetnie Ci to idzie. A ja z przyjemnością to czytam. Można się tym wszystkim zachłysnąć i zarazić.